Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kroniki Jana Długosza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kroniki Jana Długosza. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

"Mór" z 1348 r. (Kronika Polska Jana Długosza).

"Taniec Śmierci' Hansa Holbeina Młodszego.




„MÓR STRASZNY W POLSCE I INNYCH KRAJACH, Z PRZYCZYNY ZARAŻENIA POWIETRZA PRZEZ ŻYDÓW. PO TEJ PLADZE NASTĄPIŁO ZNOWU TRZĘSIENIE ZIEMI [1348]
(Kronika Polska Jana Długosza).

Wielka zaraza morowa, rozszerzywszy śmiertelność w całym królestwie polskim, nie tylko Polskę, ale i Węgry, Czechy, Danię, Francję, Niemcy i wszystkie niemal kraje chrześcijańskie i barbarzyńskie srodze spustoszyła. A gdy niektórzy domyślali się, że takową klęskę zrządzili Żydzi przez zatrucie powietrza jakimś zabójczym jadem, w wielu miejscach mordowano ich, palono, wieszano [...] Do tej klęski morowej przyłączyło się jeszcze straszne ziemi trzęsienie, które wydarzone w piątek, w dzień Nawrócenia św. Pawła, rozległo się po wszystkich krajach  chrześcijańskich i barbarzyńskich, i powywracało wiele miast znakomitych; niektóre z nich całkiem zasypane zostały gruzami lub się pozapadały, tak, że ledwo znać było ich szczątki.
Poczęła się zaś rzeczona zaraza morowa w miesiącu styczniu, za papiestwa Klemensa VI, w szóstym roku jego rządów, i trwała ciągle, przez siedem miesięcy, dwakroć ponawiając klęskę. Pierwszy raz objawiała się przez dwa miesiące gorączką nieustanną i krwotokiem z ust, a chorzy umierali w ciągu trzech dni. Drugi raz trwała pięć miesięcy, a objawem jej była podobnież nieustająca gorączka, nadto wrzody i dymienice, które tworzyły się na zewnętrznych częściach ciała, osobliwie pod pachami i na słabiznach; chorzy umierali w dniach pięciu. Tak zaś były obie choroby zaraźliwe, że się nie tylko obcowaniem z zapowietrzonymi, ich tchnieniem, ale spojrzeniem samym udzielały. Bali się więc i chronili rodzice dzieci własnych, a dzieci rodziców, straszni jedni dla drugich. Zdało się, że zamarła ludzkość w sercach i nadzieja wszelka upadła. Od wschodu ku zachodowi szerząc się, ta plaga wszystek świat prawie zapowietrzyła, tak iż ledwo czwarta część ludzi została przy życiu”.

niedziela, 16 października 2011

Bunt wójta Alberta 1312 r.

Władysław Łokietek. Rys. J. Matejko.


Bunt wójta Alberta 1312 r.
(Kroniki Jana Długosza)


Po oderwaniu od królestwa polskiego obszernej i znakomitej jego części, to jest ziemi pomorskiej, co wielce trapiło i zasmucało książęcia Władysława Łokietka, druga jeszcze spotkała go niepomyślność. Albowiem wójt krakowski, Albert, wraz z rajcami i magistratem miasta Krakowa, niechętny rządom i panowaniu książęcia Władysława, z przyczyny, iż wielkimi uciskał ich ciężarami i podatkami na prowadzenie ustawicznych wojen, którymi go napastowano, a nie powściągał łotrostwa złodziei i rozbójników, dla których drogi publiczne stały się niebezpiecznymi, z Bolesławem, książęciem opolskim, przez tajemne poselstwa i zmowy ułożył się o wydanie mu miasta Krakowa. Ten wiodąc do skutku uknowany zamiar, przybył ze znacznym wojskiem do Krakowa, gdzie zaraz otwarto mu bramy, a wójt, rajcy i mieszczanie przyjęli go z wielką czcią i przychylnością. Zamku atoli krakowskiego, którego załoga pozostała wierną książęciu Władysławowi, żadnym sposobem nie mogli do poddania się nakłonić. Zaczem obrawszy sobie na mieszkanie dom rzeczonego wójta Alberta, przyległy bramie św. Mikołaja, przez czas niejaki w Krakowie wysiadywał. Książę zaś Władysław, strapiony i zakłopotany tak wielkim niebezpieczeństwem, namyślał się, co miał czynić w tej ostateczności, która mu upadkiem zagrażała. A gdy wszyscy doradzali, aby jak najprędzej odparł niebezpieczeństwo, a zebrawszy wojsko, tak ze szlachty, jako i wieśniaków, miasto Kraków oblężeniem ścisnął, książę Władysław usłuchawszy roztropnej rady, ściągnął niebawem znaczną siłę zbrojną w celu oblężenia Krakowa; wprzódy jednak do Bolesława, książęca opolskiego, stojącego z wojskiem w Krakowie, umyślił wyprawić posłów, aby przez nich układać się o zgodę i hamować żądzę niewczesną opanowania cudzego miasta; sam zaś szedł za nimi z wojskiem, postanowiwszy oblec miasto i jego najezdnika, gdyby się mieszczanie poddać nie chcieli. Ci, gdy przybyli do Krakowa i Bolesławowi, książęciu opolskiemu, przełożyli zlecenia książęca Władysława, żądającego, aby z dziedzicznej jego posiadłości ustąpił, a iżby, przestając na swoim księstwie, miał sobie za hańbę i sromotę przybywać do Krakowa na płoche wezwanie mieszczan krakowskich i przywłaszczać sobie miasto mimo żyjącego Władysława i syna jego, Kazimierza, zrodzonego do następstwa. Aby poprawił swój błąd i odmienił zamiar, póki jeszcze między nimi nie zaczął się srożyć śmiercionośny Mars, i aby sam się w podobnym stawił położeniu, jaki by uczuł w sobie gniew i oburzenie, gdyby mu ojcowiznę jego wydzierano. Jeżeli zaś trwać zechce w swoim przedsięwzięciu, [Władysław] za większego uważać go będzie nieprzyjaciela niżeli wójta Alberta i mieszczan krakowskich, przez których do tej zbrodni został wciągniony. Bolesław, książę opolski, któremu nie tajno było, jakie przedsiębrano środki do zwalczenia go i wypędzenia, dał posłom odpowiedź skromną i pokorną. Powód przybycia swego do Krakowa i opanowania miasta składając na wójta i mieszczan krakowskich, oświadczał, że sam nie uczynił żadnego kroku nieprzyjacielskiego i siebie niegodnego, albowiem do Krakowa przybył za namową i prośbą wójta i tamecznych mieszczan. Gdy zaś wbrew obietnic, jakimi go łudzono, w osiągnieniu rządów widzi przeciwności, chętnie ustąpi, nie chcąc niczyjej obrazy ani krzywdy. Jakoż nie czekał nawet skutku odpowiedzi, obawiając się, aby go książę Władysław z swym wojskiem nie otoczył i nie zagarnął w niewolę lub do haniebnej nie zmusił ucieczki; ale zabrawszy z sobą Alberta, wójta krakowskiego, i niektórych mieszczan, którzy za swoje przestępstwo lękali się niechybnej kary, znając, jak ciężko zawinili, i nie mogąc spodziewać się przebaczenia, wrócił do Opola gniewny i zmartwiony, że uwierzył słowom rzeczonego wójta i mieszczan i na wstyd własny a sromotę wdał się w sprawę niewczesną opanowania miasta Krakowa. Książę zaś Władysław wszedłszy do Krakowa z liczniejszym niż kiedy indziej rycerstwa pocztem, wszystkie dochody wójtostwa krakowskiego, opłaty z młynów, jatek, sklepów, domów i innych miejsc, zamożne składy mających, zabrał i do swego książęcego stołu przydzielił. Niektórych zaś z mieszczan krakowskich, sprawców i przywódców buntu, na postrach i przykład dla drugich, aby się podobnej wystrzegali zbrodni, kazał pojmać i końmi włóczyć po ulicach, a potem wieszać albo w koło wplatać. Z domu zaś wójta sporządził grodek i przy bramie św. Mikołaja wieżę wybudował, w której straż zbrojną osadził, aby przy pomocy owego grodka i straży lud krakowski w wierności i posłuszeństwie snadniej utrzymał. Posądzono także, acz niesłusznie, Jana Muskatę, biskupa krakowskiego, z przyczyny iż był Ślązakiem z Wrocławia rodem, jakoby świadomy i współuczestnik rzeczonej zdrady, z wójtem Albertem i mieszczanami krakowskimi był w zmowie i zezwolił wyraźnie na usunięcie Władysława Łokietka, a wprowadzenie Bolesława, książęcia opolskiego; za co długie potem znosił prześladowanie na osobie swojej i dobrach swego Kościoła, ścigany nienawiścią, a nawet więziony przez książęcia Władysława, i nie mógł już więcej odzyskać zamku i powiatu bieckiego, które mu byli Węgrzy za rządów opata tynieckiego zabrali, acz później z nich ustąpili. Rzeczony zaś Albert, wójt krakowski, nie sądząc się nawet w mieście Opolu bezpiecznym, gdy i tam często tak od samego książęcia, jako i szlachty, i mieszczan, za zdradziectwo, którego się przeciw swemu prawemu panu dopuścił, nie tylko rozmaitego rodzaju obelgi, ale i długie wycierpiał więzienie, pełen smutku i żalu opuścił wreszcie Opole i udał się do Pragi, kędy z żoną i dziećmi nędzne życie prowadził, biedząc się równie swym niedostatkiem, jak i wyrzutami sumienia, a w częstych rozmowach potępiając zbrodnię, którą był przeciw panu i książęciu swemu Władysławowi Łokietkowi popełnił.
---------------------------------------------------------------------------------------
Fragment "Pieśni o pewnym wójcie krakowskim Albercie"


Natura niemiecka do tego mnie wiodła.
Niemiec gdziekolwiek stąpi swoją nogą,
Trzyma się stale zawsze tego godła:
Wszystkich poniżyć, nie słuchać nikogo.
Żaden natury swej zmienić nie zdoła


Rycerze Łokietka aby ukarać zbuntowanych Niemców sprawdzali ich znajomość języka polskiego. Kto powiedział prawidłowo „soczewica, koło, miele, młyn” uchodził cało. Kto się zaplątał „dawała gardło”.

piątek, 14 października 2011

Bolesław Pobożny najeżdża Brandemburgię.

Pieczęć księcia kaliskiego Bolesława Pobożnego.


„Książę kaliski Bolesław Pobożny pustoszy ziemie brandenburskie i zadaje klęskę wojskom margrabiego (1278 r.).
(Kronika Jana Długosza)

Książę kaliski Bolesław Pobożny pragnąc pomścić bezprawne wzniesienie zamku Sątoka, który aż dotąd zatrzymywali margrabiowie brandenburscy, a nadto chcąc położyć kres ciągłym gwałtom, którymi Sasi niepokoili granice Polski, ogłasza wyprawę przeciw margrabiom brandenburskim i zbroi na tę wojnę wojsko konne i piesze nie tylko z własnego księstwa kaliskiego, ale i z księstwa swego bratanka, księcia poznańskiego Przemysła. Prosi swego pobratymca, księcia Pomorza Mszczuja, żeby mu osobiście przyszedł z pomocą ze wszystkimi pomorskimi ludami. Kiedy wreszcie zgromadziły się wszystkie wojska z Wielkopolski i Pomorza, książę kaliski Bolesław zostawiwszy na wszelki wypadek w [obydwu] księstwach księcia poznańskiego Przemysła, z samym tylko księciem Pomorza Mszczujem najechał ziemie, które margrabiowie brandenburscy posiadają z tej strony Odry i zaczął je pustoszyć ogniem i grabieżami. Kiedy zaś dotarł aż do Soldina, zabiegł mu drogę Otto Długi, syn Ottona III z Sasami i innymi wojskami posiłkowymi. W stoczonej tam bitwie [Otto], ponieważ był o wiele słabszy, łatwo pokonany przez Bolesława i jego wojsko, schronił się do zamków i warowni i nie usiłował więcej próbować powodzeniaw wojnie. Książę zaś Bolesław osiągnąwszy zwycięstwo oraz bogate łupy i jeńców, po spustoszeniu całej ziemi z tej strony Odry i wzięciu wystarczającego odwetu za swoje krzywdy, wrócił do swych ziem podzieliwszy łupy do równej części z księciem Mszczujem i Pomorzanami.
Książę Sambor, brat Świętopełka, a syn Mszczuja wycierpiał ciężkie prześladowanie ze strony swego bratanka Mszczuja, którego Bóg uczynił jego przeciwnikiem. Wygnany przezeń z kraju i przyjęty przez Krzyżaków jakiś czas przebywał w Toruniu. Stąd w przebraniu — obawiał się bowiem, by go nie schwytali Krzyżacy — uciekł do swej córki, księżny Kujaw i tam zmarł, a pochowany jest w Inowrocławiu”.

sobota, 10 września 2011

Traktowanie jeńców po zdobyciu Tczewa (1433 r.).

Poraj - herb Mikołaja "Biełuchy" z Michałowa.

NIELUDZKIE I SROGIE NIEKTÓRYCH POLAKÓW OBCHODZENIE SIĘ, Z BRAŃCAMI, MIMO WIEDZY ATOLI WODZA, KTÓRY IM NAJWIĘKSZĄ LUDZKOŚCIĄ, WIĘZY OSŁADZA (1433).
(Kronika Jana Długosza)
 
Po wzięciu i spaleniu miasta Tczewa, wszystek lud zbrojny i zaciężne rycerstwo Krzyżaków, z wielu mieszkańcami rzeczonego miasta, zabrano w niewolą. Było jeńca, jak wieść niesie, przeszło dziesięć tysięcy, złożonych z Czechów, Ślązaków, Niemców i korsarzy, dziećmi okrętowemi zwanych, których do obozu Polskiego zaprowadzono i przedniejszym z panów pod straż oddano. Na prośbę Jana Czapka i rycerstwu Czeskiego, wydano temuż wszystkich Czechów poimanych w mieście Tczewie: który nałajawszy im surowo, "że przeciw własnemu narodowi dawali pomoc Niemcom, i przyszli do Prus najemniczym orężem wojować z królem Polskim i Polakami, którzy dla wspólności języka zawsze byli Czechom przychylni, " kazał w środku obozu ułożyć stos ogromny, i wszystkich na ogniu spalić. Jego przykład naśladując jeden z rycerzy Polskich, Jan Strasz z Białaczowa, samowolnie i lekkomyślnie owych łotrzyków morskich kazawszy zamknąć w turmie drewnianej, słomą i suchą łoziną budę z nimi podpalił. Kiedy więc ogień począł im z wszystkich stron dojmować, oni, ludzie nadzwyczaj silni, wyparli drzwi więzienia i usiłowali umknąć z płomieni. Ale wielu z Polaków, którzy byli przyszli temu się widowisku przypatrzyć, wyskakujących z więzionia majtków brali na dzidy i zabijali, dopóki nie nadbiegł dowódzca wojska Mikołaj z Michałowa, który dowiedziawszy się o takiem okrucieństwie, pospieszył i zgasił ogień. Jeden z tych nieszczęśliwych, mając popalone nogi, zawlókł się jak mógł do pobliskiej sadzawki; a kiedy mniemano, że chciał się wody napić, on bólem zniecierpliwiony sam się w wodzie utopił. Już odtąd nie pastwiono się więcej nad jeńcami. Kobietom i dzieciom poimanym w Tczewie nie tylko okazywano wszelką uczciwość i ludzkość, ale je nawet wolnością udarowano. Nadto, dowódzcy wojska i starszyzna przydali rzeczonym kobietom straż z Polaków, aby się kto na biednych brankach nie dopuszczał swawoli, albo im nie wydzierał dobytków, które z sobą miały. Ta ludzkość wielki Polakom zaszczyt przyniosła. Rzeczone bowiem niewiasty różnego stanu, widząc ochronioną nie tylko swoję uczciwość, ale i wszystkie rzeczy, chociaż nawet bardzo kosztowne, uwielbiały tę cnotę w Polakach, jako pełnych wspaniałości zwycięzcach, że umieli powściągnąć i żądze swoje i ręce od wyrządzenia krzywdy niewiastom; kiedy przeciwnie Krzyżacy przed dwoma łaty, wtargnąwszy do Polski, i zastawszy ją bezbronną, na poimanych brankach wszelkiej dopuszczali się swawoli, i bynajmniej na taką nie zasługiwali zaletę. Zaczem Krzyżakom, panom swoim, złorzecząc, Polakom jak najlepiej życzyły. Ale ponieważ rzeczone kobiety po spaleniu miasta, Tczewa pozostać w miejscu nie mogły, na wsiach zaś pobyt był niebezpieczny; przeto rycerstwo Polskie odprowadziło te wszystkie kobiety, tak zamężne jako i panny, do Wisły, zkąd przeprawiono na statkach odwieziono do ziemi Pruskiej, a znajomi i sąsiedzi rozebrali je do miast poniższych, ze wszystkiemi dobytkami, jakie z sobą miały. W obozie zaś królewskim śledzono i z największą starannością odszukiwano wszelkie branki, jeżeli przez czyją nieprawość zostały ukryte i zatrzymane, i puszczano je na wolność, nie pozwolono, aby żołnierz Polski kalał się sromotą niewieścią. Wiele bowiem na tem zależy, aby w prowadzeniu wojny zachować w obozach przystojność. To wojsko i ten lud, który własnym chuciom podlega, snadno poddawać się zwykł w jarzmo nieprzyjacioł; i słuszną karą Bożą doznaje zniewagi od wroga, kto sam się występkami znieważa.

poniedziałek, 5 września 2011

Bitwa pod Goźlicami (23.02.1280 r.).


Pieczęć Leszka Czarnego.
 
„Wojsko Leszka Czarnego w cudowny sposób zwycięża księcia Rusi Lwa, który z wielkimi siłami wtargnął do Królestwa Polskiego, ściga go aż do Lwowa, pustosząc Ruś i wraca do domu z ogromnymi łupami (bitwa pod Goźlicami, 23 lutego 1280 roku).
(Kronika Jana Długosza)

Świeżemu dziedzictwu nowego księcia Leszka Czarnego w księstwach krakowskim, sandomierskim i lubelskim natychmiast zaczęły dokuczać nowe zaburzenia i nowy zgiełk wojen podnoszony przez obcych i swoich, albowiem zarówno swoi, jak i obcy zazdrościli Leszkowi Czarnemu powodzenia i odziedziczenia naraz tylu księstw. Najpierw przeto syn nieżyjącego króla Rusi Daniela, książę ruski Lew, który uchodził w tym czasie wśród książąt ruskich za znaczniejszego zarówno pod względem siły wojskowej, jak i podległych ziem i posiadłości, ufając wielkiej liczbie wojsk i zasobów, postanowił zająć księstwa krakowskie, sandomierskie i lubelskie. Ściągnąwszy spośród Tatarów, Litwinów i Jaćwingów oraz innych pogan ochotniczego i zaciężnego żołnierza, z trzema wojskami pełnymi piechoty i jazdy wkroczył potężną nawałą do ziemi lubelskiej i począł ją niszczyć przy niedogodnych warunkach zimową porą (tak wielka bowiem żądza popychała go do wojny). Po spustoszeniu jej wkroczył do ziemi sandomierskiej, gdyż na marsz pozwalała Wisła zamarznięta skutkiem mroźnej zimy i rabując i niszcząc, cokolwiek spotkał po drodze, przybył pod zamek i miasto Sandomierz. Kiedy próba jego zdobycia wypadła inaczej, niż się spodziewał, ponieważ rycerze polscy doskonale bronili murów, wrócił znowu do łupienia i niszczenia wsi i miast i palenia domostw. Gdy stanął obozem koło wsi Goślice4, położonej o dwie mile od Sandomierza, zabiegło mu drogę wojsko polskie, które wiedli kasztelan krakowski Warsz, wojewoda krakowski Piotr syn Alberta6 i wojewoda sandomierski Janusz7, w bardzo jednak skąpej i niewielkiej liczbie (z nakazu bowiem księcia Leszka Czarnego wojska zgromadziły się w innym miejscu). I pokładając nadzieję jedynie w pomocy niebios, gdyż widzieli, że wojska nieprzyjacielskie przewyższają ich wielokrotnie liczbą, w piątek trzeciego lutego staczają bitwę z Lwem i jego wojskiem, bardziej nierozważnie — powiedziałbym niż mężnie, gdyby nie to, że powodzenie stało się udziałem Polaków i ich czynu, równie zuchwałego, co i sławnego. Kiedy bowiem na początku walki Polacy wycięli tych, którzy w ruskim wojsku przewodzili pierwszym szeregom, pozostałych barbarzyńców ogarnął nagle za zrządzeniem nieba tak wielki strach, że wszyscy jak szaleni, porzuciwszy broń, rzucili się do ucieczki na wszystkie strony. Tatarzy stawiwszy krótko słaby opór, wnet sami podejmują ucieczkę. Polacy przez wiele mil ścigali uciekających, nielicznych wzięli do niewoli, resztę pozabijali. Zginęło w tej bitwie — jak opowiadają — osiem tysięcy, dwa dostało się do niewoli, zdobyto siedem sztandarów wojskowych. Główny dowódca Lew, uciekając z garstką, która nie znała drogi, wylękły uszedł z życiem. Leszek Czarny uznawszy, że nie wystarczy wojna obronna bez zaczepnej, po piętnastu dniach zgromadziwszy wojska i odbywszy ich przegląd, z trzydziestu tysiącami konnych i dwoma doborowej piechoty urządza pościg za Lwem. Najeżdża jego ziemie ruskie i wiele grodów opuszczonych przez Rusinów lub opatrzonych zbyt słabą załogą zajmuje, zdobywa i burzy, a spustoszywszy kraj aż po Lwów, uprowadza do Polski wielki łup zarówno w ludziach, jak i bydle, gdyż Lew uciekł w głąb Rusi i nie śmiał podjąć walki. W tym plądrowaniu — jak piszą — zginęło pięć tysięcy ludzi, a cztery uprowadzono do niewoli”.

O sprawach Wenery - Jan Długosz.


O sprawach Wenery ( Jan Długosz).

Sprawy Wenery są chrześcijaninowi poza uświęconym łożem małżeńskim całkowicie niedozwolone. Jeśli nie godzi się cierpieć w Rzeczypospolitej zbójów na drogach i opryszków, to tym mniej tych, co nastają na wstyd ludzki i jemu zagrażają. A zagrażają mu wszyscy, którzy ludzkim oczom pokazują sprośne malowanie, którzy uszy ludzkie napełniają bezwstydnymi rozmowami, którzy w ludzkie dusze i myśli wdzierają się opowieściami z ksiąg i śpiewkami o sprośnych miłostkach, o szaleństwach, o lubieżnych przymilaniach się, krzywoprzysięstwach i tym podobnych bezecnych sztuczkach gamrackich. Ileż stąd w serca ludzkie zapada i w nich osiada pokus, palących żądz, szalonych pragnień? Z nich i niedowarzone chłopaki uczą się tego, czego by się i za lata nie nauczyli; one niby ostrogami podżegają gorących młodzieńców, one i starych, gnuśniejszych już z powodu chłodniejącego ciała, drażnią i rozpalają. One to drogę otwierają nierządnikom, one skłaniają dziewczęta i mężatki do posłuchu gamratom; z nich cudzołóstwa i gwałcenia, z nich uwodzenia dziewczyn i wdów, z nich małżeństwa wbrew woli przyjaciół i rodziców, z nich tajemne porody dzieci, z których jedne zostają uduszone, inne na miejsca publiczne podrzucone, niektóre za prawych dziedziców uznane. Stąd owe dziewczęta, które trudno wydać za mąż, stąd nieskończone domowe sromoty, o których chociaż wiedzą już wszyscy sąsiedzi, sama tylko głowa rodziny albo zgoła nic nie wie, albo najpóźniej z wszystkich się dowiaduje. Jeśli dziewczyna w taki sposób wychowana wstępuje w zamęście, jakież niedobre jej z mężem pożycie! Jakżeż często oni kłótnie ze sobą wszczynają i o rozwodzie myślą! Jeśli się im co urodzi, na ileż narażone obelg i złych przymówek! I nie dziwota. Nikt bowiem świadomie nie pojmie za żonę niegodnej, chyba że sam niepoczciwy; ze złej zaś matki bodaj nie może się urodzić nic dobrego. Zdarzają się tacy rodzice, co złe obyczaje swoich dzieci już dorosłych potępiają i tropią, i troskają się, by je przy boskiej pomocy sprowadzić na drogę lepszego życia. Słusznie to doprawdy, tylko że późno. Kiedy bowiem nasienie zepsute, to inaczej nie może być, jeno że pędy, łodygi, gałęzie i owoce z niego pochodzące muszą być szkodliwe i zabójcze. Nasuwa się młodzieży wszędzie tyle sposobności i pobudek do bezwstydu i pożądliwości i tak one zapadają w jej oczy, uszy i serca, i tak są przez nią wchłaniane, iż na cud to wygląda, że ktoś może zachować nieskalane myśli, dobre i poczciwe zamiary, prawe obyczaje. Rozpustne malowidła i posągi, rozmówki i piosenki pełne wszeteczności, towarzystwa ludzi bezecnych i sprośnych, żarty, gładkie przynęty, trefne przypowieści - jakiego wieku, jakiej płci to nie hańbi? Kogo nie przywodzi do upadku we wszelkie plugastwo? Wszystko to są miłe przynęty, słodkie zachęty, rozweselające przyjemnostki, które głaszczą zmysły ludzkie, rozogniają ciała, pochłaniają myśli, urzekają rozum, rozkazami swymi i panowaniem ujarzmiają wolę. Tych rzeczy trzeba zakazywać dzieciom i młodzieży od lat najwcześniejszych, tych rzeczy unikać wszelkiemu wiekowi, płci i stanowi, te trzeba wykorzenić z rzeczypospolitych i miast razem z tymi, którzy je wymyślają. (…) Daremnie się nam bowiem żalić na zepsute obyczaje tego i owego, jeśli te sprawy lekceważymy i pozwalamy im się dziać bezkarnie. Albowiem nie można (jak i Chrystus oświadcza) zbierać jagód winnych z cierniowego krzaka ani fig z kolców. W wielu miastach publicznie ustanowiono zamtuzy, aby w nich nieszczęsne niewiasty wszystkim się oddawały i aby żądze wszystkich mogły sobie tam bezkarnie i wyuzdanie folgować. Ale choć obyczaj ten niemal się przyjął, jednak powinien się urząd zastanowić nad tym, czy z pożytkiem to dla Rzeczypospolitej, aby były w niej takie miejsca, gdzie się wstyd sprzedaje i czyni z niego pośmiewisko. Rzecz to haniebna i nie wiem, czy to nie to samo, co publiczne zezwolenie, by żerowały kupy złodziei i zgraje morderców. Ten sam Bóg wszechmocny zakazał i zabójstwa, i złodziejstwa, i nierządu. A przecie są tacy, którzy, nie wiem, czy wedle prawa, czy obyczaju, czy jednego i drugiego, żądają w oznaczonych terminach czynszu od niewiast, które kupcząc swoim ciałem mają zarobek z tego nierządu. Ci naśladują owego Wespazjana, który nałożył podatek od miejsc, gdzie mocz się oddaje, i który gdy go za to syn ganił, przytknął mu do nosa zebrane pieniądze mówiąc: Pachnie zysk każdy bez względu na to, z czego pochodzi. Tylko że Wespazjan czerpał zysk z rzeczy przez Boga nie zakazanej, ale jeśli się wymaga czynszu od nierządnic, to tak jakby się wymagało od złodziei albo morderców.
Przykazania boskie bowiem każą wszystkim, co żądzy cielesnej okiełznać nie potrafią, aby żonę pojęli i aby się ograniczyli do prawowitego małżeństwa. Ale tak samo nie masz nic w Piśmie św. o tym, aby publicznie utrzymywać gromady nierządnic, jak o ustanowionych z urzędu cechach złodziei, morderców czy innych złoczyńców. Nie odważyłbym się owych schadzek na tańce mężczyzn z niewiastami z zamtuzami porównywać, ale rad bym, by tę rzecz rozważyli ludzie roztropni. Zapraszają tam mężatki często nawet bez mężów, zapraszają panny bez rodziców. A im która milsza przez swą urodę i wdzięk, tym częściej zjawia się na takich zabawach, czasem ze służbą, czasem bez żadnego towarzystwa. A urządzają takie zabawy nie tylko żonaci, ale i bezżenni, którzy nie powinni szukać towarzystwa drugiej płci, jeśli chcą uczynkami potwierdzić to, co głoszą słowem. Urządza się tedy ucztę, zastawia wyszukane potrawy i napoje. Nie do sytości się je i pije, ale do obżarstwa i pijaństwa. Stało się bowiem na takich ucztach obyczajem częstym i wszechwładnym, że pije się za zdrowie różnych dobrodziejów. Tedy i owe niewiasty, z dworskimi obyczajami już oswojone, wychylają pełne kielichy, oczywista - aby się nie wydawało, że one nie życzą zdrowia tym, za których wznosi się i spełnia toast. (...) Dziś rozpalającymi pokarmami i winami opychają swoje ciało, samo przez się już gorącości pełne, i nie strachają się owych upadków, o których mówi Waleriusz. Jak gdyby wstydliwość niewieścia mogła się uchować nienaruszona tam, gdzie się podsuwa owe podżegania do rozkoszy. Na tych ucztach, o których począłem mówić, pełno – jak nasiał - rozmów żartobliwych, a po największej części dotyczących spraw sprośnych. Bawią się potem, tańcują, skaczą; okręcają w koło niewiasty i w krąg nimi zawijają; nie sromają się łydek obnażać, w uściski biorą, całują, szczypią, sprośnie dotykają. A kto by tam mógł opowiedzieć owe ich pogadywania tajemne, a nawet i takie, które inni słyszą, wszystkie jeno ku wszeteczności skierowane, kto, powiadam, wszystkie ich zbytki i błazeństwa? Kto mógłby wysłowić, co oni broją, kiedy zasiądą osobno w sali biesiadnej, kiedy się rozbiegną po izbach i komorach i tam, i z powrotem kręcą, igrają i przymilają się sobie? Mnie takie zabawy wydają się podobne ze wszystkim do zamtuza. Nic się tam nie dzieje, jedno to, co otwiera drogę do złych myśli, do złych postępków. Któraż to niewiasta stamtąd do domu wróci lepsza? Złe rozmowy (mówi Paweł przytaczając wiersz Menandra) psują dobre obyczaje. Jakimże tedy sposobem może która odejść z takich zabaw z sercem czystym i wolnym od łaskotliwych żądz, choćby i nie zbezczeszczona na ciele? Nieszczęśni rodzice i małżonkowie, którzy mają córki i żony znajdujące upodobanie w takich towarzystwach! Nieszczęsne mężatki i dziewczęta, dla których uciechą są takie zabawy, gdzie bodaj niczego nie słyszą, co służy poczciwości, ale co niemiara tego, co jej szkodzi. Wielu sieć na nie zarzuca, ale i one same zarzucają na wielu. Przychodzą, by się napatrzeć, ale i po to, by na nie się napatrzono. Rozpalają namiętność w innych, ale i same się nią rozpalają. "Rozpłomienia swym widokiem niewiasta" - powiada ów pisarz - ale i sama się zajmuje płomieniem czy to sobie wrodzonym, czy z zewnątrz podrzuconym przez potrawy, napoje, czułe słówka i rozmowy, i przez oglądanie wielu ludzi, z których jedni mogą się zalecać urodą, inni znakomitością rodu, inni bogactwem, inni innymi przymiotami. Wszystkimi tymi rzeczami albo każdą z osobna łowi się serca nieszczęsnych dziewcząt. A któż przypuści, że tak ułowione mogą zachować dziewiczość serca, choćby ciałem zostały czyste i nieskalane? Gdy zaś stracą czystość serca, czy niełatwy już upadek pod żądze ciała, byle tylko się nadarzyła gładka sposobność do zrobienia tego? O jakież to szaleństwo ludu chrześcijańskiego, który tego albo nie widzi, albo o to się nie troszczy! Dałby Bóg, abym ja to mówił kłamliwie, albo aby takich zabaw nigdy nie bywało. O ileż to lepiej jest u waldensów (tak zowią się ludzie w Czechach, co to ich niektórzy nazywają pikardami, inni Braćmi Czeskimi), u których dla wszystkich zakazane są zabawy, tańce, pijatyki. Żadnego u nich tańcowania, żadnych wyuzdanych ucztowań. Także w Turcji, jak słyszę, taki jest obyczaj, że niewiasty, zwłaszcza zamężne, nie wychodzą z domu inaczej jak z zasłoniętą twarzą. Jeżeli ktoś obcy wchodzi do ich domu, wtedy także twarz zakrywają. Mówią, że sułtan turecki wydaje swe córki za swoich baszów, a oni wprawdzie sułtana, ojca swych żon, znają, ale matek żon, choć tym matkom są zięciami, z twarzy nie znają. Za tak ważne dla zachowania czystości swych niewiast uważa naród barbarzyński to, aby albo nikogo poza mężem nie znały, albo bardzo niewielu. I nie jest to doprawdy niesłuszne. Bo po cóż ta, która połączyła się z mężem związkiem wierności małżeńskiej, ma zawierać znajomości z innymi? A bez wiedzy i zgody męża jakże się godzi niewiastom chodzić na zabawy, biesiady i tany? Rzeczą mężczyzny jest załatwiać sprawy konieczne z postronnymi ludźmi, rzeczą niewiasty troszczyć się o gospodarstwo domowe. Jeśli tedy niewiasta po biesiadach biega, jeśli pozwala na poufałość wielu, to czy nie otwiera wrót dla tych, co chcą na jej wstydliwość nastawać? A czy nie trzeba wystrzegać się tańców, które są najniezawodniejszym sposobem stręczycielstwa i niby siecią zastawioną na szpetne i niedozwolone pożądania? (…) Za naszych czasów ledwo się to nazywa biesiadą, gdzie aż nie huczy od pijatyki i tanów. I tak to odstąpiono nie tylko od chrześcijaństwa, ale i od najbardziej godnych uznania obyczajów pogańskich. Nie jestem jednak tym, który by uważał, że tańców i pląsów trzeba całkowicie zabronić ludziom zbożnym. Ale po trzeźwemu one odbywać się muszą i z pamięcią o dobrodziejstwach Boga dla nas, a do tego tak, aby osobno tańczyły dziewczęta, osobno mężczyźni. (…) Ale jak rzekłem, nie mogą takie pląsy być płoche ni komedianckie lecz umiarkowane, trzeźwe, z przystojnymi ruchami, w których by się zbożność wyrażała. Wyuzdane zaś tańcowania, zmierzające ku wszeteczności a trącące rozpustą, niech sczezną w ludzie, który się wszystek poświęcił Bogu i każdym słowem, czynem i ruchem winien wielbić Boga, Zbawiciela swego.

Dwie rzeczy osobliwe w Polsce - Jan Długosz


"DWIE RZECZY OSOBLIWE W POLSCE" (Jan Długosz).

Dwie zaś rzeczy ma Polska cudowne i podziwienia godne, o których nie pojmuję dlaczego milczy Solinus, opisujący bardzo starannie inne ciekawości świata, ile że są prawdziwe i zasługują na wzmiankę, jako dzieła twórczej potęgi przyrodzenia, nie pośledniejsze bynajmniej od tych, które rzeczony Solin wymienia. Naprzód, iż na polach wsi Nochowa, blisko miasteczka Szremu, w dyecezyi Poznańskiej, tudzież we wsi Kozielsku, w obwodzie Pałuk, niedaleko miasteczka Łękna, rosną garnki wszelakiego rodzaju, samo przez się, sztuką wyłączną przyrody, i bez wszelkiej pomocy ludzkiej, kształtów rozmaitych, podobno do tych, jakie ludziom służą do domowego użycia; słabe wprawdzie i miękkie, dopóki spoczywają w ziemi i w swoich jamach rodzinnych, ale gdy z nich wydobyte na wietrze albo słońcu stwardnieją, dosyć mocne. Są one rozmaitej postaci i objętości, niemal jakby sztuką garncarską wyrabiane; a co mi jeszcze dziwniejszem się wydaje, że płodność ich przyrodzona, jak uważano, nigdy się nie zmniejsza, chociaż ziemia nie bywa otwieraną. Powtóre, że w lasach, polach i borach miasteczka Potylica, tudzież wsi Hrabieni i Prosni, w okolicy Bełzkiej, dyecezyi Chełmskiej, drzewa sosnowe taką własność mają i przyrodę, że jeżeli się z nich część jaka, np. gałąź lub prątek utnie albo odłamie, bądź całe drzewo spuści, po kilku latach, to co było drzewem z życiem roślinnem, przybiera postać i własności krzemienia, i jak krzemień rodzimy za uderzeniem ogień wydaje, zachowując objętość i kształt, w jakim było ucięte, przyrodę zaś głazu i krzemieńca".