Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polskie zwycięstwa.. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polskie zwycięstwa.. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 lipca 2012

Bitwa pod Kłuszynem – 4 lipca 1610 roku.


 Hetman Stanisław Żółkiewski. Portret z epoki.


Bitwa pod Kłuszynem – 4 lipca 1610 roku. 

Była jednym z epizodów polsko – rosyjskiej wojny 1609-1618 r. Wiosną 1610 roku wojska Rzeczypospolitej oblegały Smoleńsk. W czerwcu do obozu dotarły informacje o nadchodzącej odsieczy. Potężna armia rosyjsko – szwedzka koncentrowała się w okolicach Kaługi pod dowództwem Dymitra Szujskiego. Mimo ogromnej dysproporcji sił hetman polny koronny Stanisław Żółkiewski postanowił zaatakować Moskali. Wyruszył spod Smoleńska 6 czerwca. Zbierają po drodze różne oddziały zgromadził w sumie 6556 kawalerzystów (większość stanowiła husaria) oraz około 200 piechoty z dwoma działami. Armia Szujskiego miała prawie 6-krotną przewagę (!). Oddziały rosyjskie liczyły około 30 tysięcy ludzi. Pułki szwedzkie dowodzone przez Pontusa de la Gardie, a składające się z Szwedów, Francuzów, Niemców, Hiszpanów, Flamandczyków, Anglików i Szkotów, liczyły przeszło 5 tysięcy. Artyleria miała 11 dział. Do starcia doszło 4 lipca pod Kłuszynem. Armia moskiewska obozowała za chronioną wysokimi płotami wioską Prieczistoje. Na północy stacjonowały na południu. Pułki szwedzkie na północy.
Żółkiewski postanowił uderzyć w pierwszej kolejności na potężne liczebnie, ale słabe jakościowo oddziały rosyjskie. Płot uniemożliwiający atak kawalerii został rozebrany i spalony, podobnie jak samo Prieczistoje. Pożar zaalarmował przeciwnika. Oddziały szwedzkie stanęły na prawym skrzydle. W pierwszej linii, osłonięta niedopalonymi płotami, rozwinęła się piechota. Na lewym skrzydle w mieszanym szyku stanęła rosyjska piechota i kawaleria. Hetman Zamoyski rozwinął swoje oddziały w dwóch rzutach. W centrum stanęła husaria Mikołaja Strusia i Aleksandra Zborowskiego. Lewe skrzydło tworzyły chorągwie kozackie Samuela Dunikowskiego. Na lewym skrzydle stanął pułk księcia Janusza Poryckiego oraz 400 kozaków zaporoskich Piaskowskiego. Polacy zaatakowali jeszcze przed świtem. Po trzech godzinach zmusili pułki rosyjskie do odwrotu na Kłuszyn. O zwycięstwie przesądziła husaria, której chorągwie według świadków „po 8 i 10 razy przychodziły do sprawy”. Momentem przełomowym było nieudane wejście do akcji zaciężnej rajtarii służącej w armii Szujskiego. Wykonując swój karakol (manewr strzelenia szeregami) rajtarzy zderzyli się z gwałtownym atakiem husarii, która błyskawicznie rozbiła ich i odrzuciła na pułki rosyjskie, które zmieszali swoją ucieczką. Kiedy jazda bojarska w panice wycofała się z walki na polu wciąż pozostała rosyjska piechota, broniąca się w zabudowaniach wsi Pirniewo.
W tym samym czasie lewe skrzydło polskie bez powodzenia walczyło ze Szwedami, nie mogąc przełamać oporu piechoty broniącej się spoza płotów. O klęsce Szwedów przesądziło nadejście polskiej piechoty. Dwa falkonety zniszczyły większość płotu, a hajducy, chociaż zmęczeni forsownym marszem ruszyli do ataku . Odrzucili szwedzką piechotę w kierunku obozu otwierając drogę własnej kawalerii. Żółkiewski wycofał jazdę ścigającą pułki rosyjskie i rzucił ją na skrzydło Szwedów. Żołnierze de la Gardie i Horna, pozbawieni dowódców błąkających się po lesie z niedobitkami, mimo ciężkich strat sformowali się ponownie pod swoim obozem. Również Szujski z licznymi oddziałami schronił się w rosyjskim obozie.
Polskie oddziały zablokowały oba obozy. Żółkiewski zgodził się wypuścić armię szwedzką, pod warunkiem złożenia przysięgi, że nigdy nie będzie walczyć przeciwko Rzeczypospolitej. Kilkuset szwedzkich zaciężnych przeszło przy okazji na polską stronę. Armia moskiewska trwała tymczasem biernie w swoim obozie, nie próbując nawet pomóc piechocie osaczonej w Pirniewie. Po kapitulacji Szwedów Szujski uciekł z obozu, a w ślad za nim reszta wyższych dowódców. Załamało to morale armii, która rozpoczęła bezładną ucieczkę. W obozie armii Szujskiego Polacy znaleźli liczne bogactwa, jak złote i srebrne naczynia, szaty, sobole futra oraz setki wozów na których były także pieniądze przeznaczone na żołd dla wojsk cudzoziemskich w wysokości 20 tys. florenów i 30 tys. rubli. W ręce zwycięzców wpadło także kilkadziesiąt chorągwi, a wśród nich adamaszkowa chorągiew Szujskiego, obszyta złotem a także całe uzbrojenie Szujskiego, czyli szyszak, szabla i buława. Ogromna zdobycz powiększona została o karetę Szujskiego i liczne kolasy. Bitwa trwała w sumie pięć godzin. Według Żółkiewskiego poległo w niej 1200 żołnierzy armii szwedzkiej i jeszcze więcej Rosjan. Niektóre polskie źródła mówią, że zginęło w bitwie około 17 000 żołnierzy armii rosyjskiej i szwedzkiej. Relacja o szczęśliwym powodzeniu oręża polskiego w Moskwie podaje, że armia szwedzka straciła 700 zabitych, a armia rosyjska - do 2000 zabitych. Szwedzki historyk Videking podaje, że było 500 zabitych w armii de la Gardie oraz nieznana ilość w armii Szujskiego. Wszyscy wodzowie przegranej armii zdołali uciec. Pontus de la Gardie według relacji Luny uciekł do zamku Oczepow, gdzie został obrabowany do koszuli, obity kijami i wypędzony. Nie lepszy los spotkał Horna.
Straty polskie zdaniem Żółkiewskiego wyniosły ponad 100 zabitych towarzyszy. Liczba zabitych pocztowych zwykle wynosiła 2-3 zabitych na jednego poległego towarzysza. Ponadto armia polska straciła 400 zabitych koni. Była też także pokaźna ilość rannych.
Operacja wyjścia przeciwko rosyjsko – szwedzkiej odsieczy dla Smoleńska to przykład mistrzowskiego działania na liniach wewnętrznych przeciwnika, zakończonego równie znakomicie rozegraną bitwą. Szujski przegrał, chociaż jego armia dysponowała miażdżącą przewagą liczebną, zwłaszcza w piechocie i artylerii. O zwycięstwie zadecydowała znakomite wyszkolenie, doświadczenie i wytrzymałość zawodowych oddziałów polskich. Górowały one zdecydowanie nad składającą się z półzawodowych formacji armią rosyjską, a nawet nad zawodowym wojskiem w szwedzkiej służbie. Był to też kolejny wielki dzień husarii - wyjątkowej kawalerii, zdolnej zarówno do szybkich manewrów, przełamujących ataków jaki i pościgu.

piątek, 6 stycznia 2012

Wyprawa na czambuły (5-14 października 1672 r.).

Jan Sobieski - portret z epoki.


Wyprawa na czambuły - przeprowadzona została w dniach 5-14 października 1672 roku podczas wojny polsko-tureckiej 1672-1676. Po zdobyciu Kamieńca Podolskiego armia turecka 20 września rozpoczęła oblężenie Lwowa. W tym czasie nie biorący udziału w oblężeniu Tatarzy wspomagani przez kozaków Piotra Doroszenki i niektóre oddziały tureckie podzieleni na trzy główne grupy (razem w sile ok. 20-22 tysięcy) pustoszyli kraj. Między Wieprzem a Sanem działał Dżiambet Girej, natomiast Nuradyn Sołtan operował nad Wisłokiem i środkowym Sanem aż pod Jasło. Trzecia grupa dowodzona przez Hadżi Gireja działała na południe od Dniestru.
Hetman Jan Sobieski, mając tylko 2,5 tys. jazdy i dragonii, ruszył 5 października z Krasnego Stawu przeciwko Tatarom komunikiem, bez taborów oraz biorąc po dwa konie na jednego żołnierza. Idąc na tyły grup tatarskich posuwał się w kierunku Zamościa i nocą rozbił mały czambuł pod Krasnobrodem, a 6 października dwa czambuły pod Narolem. Pod Niemirowem dopadł 7 października i rozbił kosz Dżiambeta.
Po jednodniowym odpoczynku 8 października, Sobieski 9 października dopadł i pobił pod Komarnem główne siły Nuradyna Sołtana. Zwycięska jazda koronna ścigała po bitwie Tatarów do Bańkowej Wiszni. Następnie wojska Sobieskiego przeprawiły się przez Dniestr i ruszyły w pościg za cofającym się Hadżi Girejem. Po forsownym marszu długości około 450 kilometrów wojska koronne w sile tysiąca żołnierzy (reszta nie nadążyła i została z tyłu) o świcie 14 października dogoniły Tatarów i rozbiły pod Petranką.
Podczas podjętej przez Sobieskiego wyprawy działający z ogromną ofiarnością polscy żołnierze uwolnili z tatarskiego jasyru kilkadziesiąt (według różnych ocen 30-50) tysięcy ludzi. Kierujący działaniami hetman wielki stosował bardzo skuteczną metodę, polegającą na tym, że rzucał przeciwko Tatarom grupę kilkuset jeźdźców, która odwracała ich uwagę od idących z przeciwnego kierunku sił głównych. Sposób ten zawsze pozwalał rozbić Tatarów, jednak uniemożliwiał ich całkowite okrążenie. Niezwykły przy tak niewielkich siłach własnych i ogromnej przewadze przeciwnika sukces Sobieski zawdzięczał doskonałemu przeglądowi sytuacji, znajomości terenu, szybkości własnych manewrów i oraz doświadczeniu i bitności własnych żołnierzy.

wtorek, 3 stycznia 2012

Atlantycki lot braci Adamowiczów.

Bracia Adamowiczowie lądują w Warszawie (2 lipca 1934 r.).


Wśród polskich zdobywców Atlantyku absolutnie szczególny przypadek stanowią bracia Bolesław i Józef Adamowiczowie. Urodzili się na Wileńszczyźnie, skąd jeszcze przed I wojną wyemigrowali do USA. Dorobili się tam (w Nowym Jorku) niewielkiej wytwórni napojów chłodzących, gazowanych i wody mineralnej. Planując wyprawę do Polski uznali, że najtaniej wyjdzie zakup odpowiedniego samolotu i lot do kraju przodków przez Atlantyk. Ich wybór padł na jednosilnikową Bellance. Ukończyli kurs pilotażu, po którym potrafili wystartować, amatorsko nawigować i … fatalnie lądować. Swoją maszynę nazwali początkowo „Orzeł Biały”, a później „Warsaw”. Bracia jako amatorzy nie rozumieli, że ich pomysł jest absolutnym szaleństwem (tym bardziej, że nie mieli ŻADNEGO doświadczenia w długich lotach). Wystartowali 29 czerwca 1934 roku z lotniska Harbour Grace, nie informując kogokolwiek o celu swojej podróży. Chyba sama natura chciała im przeszkodzić, bo po drodze spotykali mgły, grady, silne przeciwne wiatry i turbulencje. 30 czerwca rano dostali się w strefę silnego zamarzania i samolot, pokryty warstwą lodu zaczął gwałtownie opadać. To właśnie wtedy Józef przerażano nieuchronną, jak się zdawało, katastrofą zapisał w dzienniku pokładowym „Boże, zmiłuj się nad nami”. Rano 1 lipca dolecieli do Europy nie mając żadnego pojęcia o tym, gdzie się znajdują (!). Wylądowali w St. Andre we Francji, oczywiście uszkadzając podwozie. Po naprawie polecieli do Paryża, gdzie na Le Bourget witano ich jak bohaterów. Potem ruszyli do Polski. Przekonani o tym, że są już w kraju wylądowali na niemieckim lotnisku Nadlitz – Thinenberg ….. kolejny raz uszkadzając podwozie. 2 lipca polecieli do Polski. Wylądowali w Toruniu … przekonani, że to Warszawa. Aeroklub Warszawski wysłał im na pomoc Aleksandra Onoszkę. Bracia poprosili go o pomoc w nawigacji. Tak wedle relacji Onoszki wyglądało lądowanie w Warszawie: „ …. Wyobraźcie sobie (…) widzę na dole mrowie ludzi, więc odchodzę daleko nad Okęcie, aby lądować na Rakowieckiej, z dala od tłumów . Gdy jesteśmy nad środkiem lotniska Mokotowskiego, jeden z Adamowiczów pyta zdenerwowany, gdzie się podziało lotnisko? Nie widział w ogóle , ani pola, ani ludzi!”. Jak podsumował to Witold Rychter „I tacy przelecieli Atlantyk! „Piloci”, którzy nie umieli trafić z Torunia do Warszawy, choćby po Wiśle”. Warszawa przyjęła tych nieprawdopodobnych szczęściarzy jak wielkich bohaterów, z akademiami i przyjęciami na ich cześć, odznaczeniami, i artykułami na pierwszych stronach gazet. Bracia byli z pewnością głęboko poruszeni tak entuzjastycznym przyjęciem. Nie zapominali jednak o interesach. Józef zapowiedział, że po powrocie dodadzą do swojej wody napis „Zdobywcy Atlantyku”, co z pewnością będzie znakomitą reklamą. Bolesław w przypływie szczerości przyznał, że już nigdy nie siądą za sterami samolotu, bowiem po przeżyciach nad Atlantykiem mają dość latania do końca życia. Bellanca Adamowiczów pozostała w Polsce. Przed wojną została złożona w Muzeum Narodowym, gdzie zniszczył ją niemiecki nalot w 1939 r.

Atlantycki lot S. Skarżyńskiego.

Samolot turystyczny RWD-5bis.

Na takiej jednomiejscowej maszynie Stanisław Skarżyński 8 maja 1933 roku przeleciał Ocean Atlantycki na trasie St. Louis (Senegal) do Maceio w Brazylii. Wystartował do lotu 7 maja o godzinie 23. Warto tutaj dodać, że przed startem sławnego lotu delegat Międzynarodowej Federacji Lotniczej FAI p. Vieux poinformowany o punkcie docelowym przerażony uznał pomysł Skarżyńskiego za kompletne szaleństwo. Przelot trwał 20 godzin 30 minut, z czego 17 godzin 15 minut nad oceanem. Tym samym, wynikiem 3582 km ustanowił międzynarodowy rekord odległości w klasie II samolotów turystycznych, o masie własnej do 450 kg. Stronę meteorologiczno - klimatyczną lotu przygotował specjalista z Głównej Wojskowej Stacji Meteorologicznej w Warszawie Tadeusz Niemczewski. Kiedy Skarżyński wylądował na lotnisku docelowym (pustym o tej porze) obsługa początkowo nie uwierzyła, że przeleciał Atlantyk. Taki wyczyn niewielkiego samolociku wydawał się absolutnie nieprawdopodobny, tym bardziej, że jego pilot ubrany był w garnitur i miękki kapelusz. Za swój wyczyn otrzymał w 1936 od Międzynarodowej Federacji Lotniczej (FAI) Medal Bleriota, przyznawany za duże rekordowe osiągnięcia w dziedzinie lekkiego lotnictwa.Przelot przez południowy Atlantyk był częścią przelotu na trasie Warszawa – Rio de Janeiro, odbytego między 27 kwietnia a 24 czerwca 1933, o długości 17 885 km. W Brazylii odwiedził też inne miasta, entuzjastycznie witany przez mieszkańców, zwłaszcza skupiska Polonii. Dalej poleciał do Polonii w Buenos Aires. Do Europy powrócił statkiem wraz ze swoim "rekordowym" samolotem i nim, z Boulogne we Francji, odleciał do Warszawy z międzylądowaniem na podłódzkim lotnisku "Lublinek", gdzie powitała go między innymi żona - kończąc 2 sierpnia 1933 rajd o łącznej długości 18 305 km. W Warszawie przyjęła go eskorta 13 samolotów myśliwskich oraz rozentuzjazmowane tłumy. Co ciekawe, Skarżyński wykonał swój lot wbrew wyraźnemu zakazowi dowódcy lotnictwa płk. L. Rayskiego. Oczywiście nikt nie odważył się pociągnąć do służbowej odpowiedzialności znanego w świecie bohatera .

niedziela, 9 października 2011

Wykrywacz min Kosackiego.

Porucznik Józef Kosacki.
 
Do 1941 roku podstawową metodą pracy sperów przy wykrywaniu min. było nakłuwanie terenu "macką saperską". Mogli też posługiwać się materiałami wybuchowymi detonującymi pole minowe. Obie metody były tyleż niedokładne, co powolne. Wszystko zmieniła pomysłowość dwóch polskich oficerów. Pierwszy wykrywacz min (ang. Mine detector (Polish) Mark I) został opracowany podczas II wojny światowej, zimą 1941/1942 przez dwóch poruczników Józefa Kosackiego oraz Andrzeja Garbosia (występującego pod wojennym pseudonimem Adam Galb), służących w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie z Centrum wyszkolenia łączności. Co ciekawe dokonali tego za własne pieniądze w czasie wolnym od służby.Pierwsze praktyczne próby prototypu przeprowadzono w miejscowości Bari w Szkocji 5 marca 1942. Dzięki 500 sztukom polskiego wykrywacza min udało się Brytyjczykom przejść przez pola minowe pod El Alamein, co walnie przyczyniło się do zwycięstwa 8 Armii. W zamian Kosacki otrzymał list od króla brytyjskiego. Detektor nie został opatentowany, wynalazek został przekazany nieodpłatnie armii brytyjskiej.
Konstrukcja ta była na tyle dobra, że wykrywacza konstrukcji Kosackiego używało wiele armii przez kolejne 50 lat. Jak podaje tygodnik Time, ten typ wykrywaczy był na wyposażeniu Armii Brytyjskiej przez 50 lat, a ostatnio Mine detector (Polish) Mk. III użyto ich w trakcie wojny w Zatoce w 1991 i stosowane były do roku 1995.

wtorek, 4 października 2011

Bitwa pod Orszą – 8 września 1514 r (część II).

Bitwa pod Orszą (fragment). Przeprawa piechoty i artylerii.


Moskiewski wódz zamierzał złamać skrzydła armii królewskiej i zepchnąć całość do Dniepru. Ostrogski chciał związać piechotą i artylerią centrum przeciwnika (w czym miała pomóc zasadzka w wąwozie) , po czym rozstrzygnąć bitwę uderzeniami kawalerii na skrzydłach.
Bitwę rozpoczął około południa pułk Bułhakowa – Golicy, który ruszył na polską jazdę Sampolińskiego. Atak moskiewskiej jazdy był tak silny, że Polacy wycofali się do centrum wprowadzając przeciwnika pod ogień piechoty i artylerii. Sampoliński uporządkował swoje chorągwie po czym wsparty przez część lekkiej jazdy litewskiej uderzył jeszcze raz. Tym razem pułk Bułhakowa – Golicy nie wytrzymał i poszedł w rozsypkę cofając się w nieładzie. Wedle polskich i moskiewskich źródeł Czeladnin z premedytacją nie udzielił wsparcia pułkowi prawej ręki (po wcześniejszych kłótniach z Bułhakowem - Golicą) doprowadzając w ten sposób do jego klęski. W wojsku królewskim Odznaczył się na tym odcinku przyszły hetman Jan Tarnowski, dowodzący elitarnym oddziałem młodzieży z rodzin możnowładczych.
Prawe skrzydło armii polsko – litewskiej atakował w tym samym czasie pułk Oboleńskiego. Litewska jazda Radziwiłła wytrzymała to uderzenie, po czym zaczęła w zaciętej walce spychać przeciwnika. Czeladnin wsparł Oboleńskiego częścią swojego pułku oraz lekką jazdą straży przedniej Rostowskiego. Hetman Ostrogski zarządził wówczas pozorowany odwrót do wąwozu w centrum pola bitwy. Kiedy znalazła się w nim jazda moskiewska spadł na nią huraganowy ogień ukrytej tam wcześniej piechoty i artylerii. Skutek był zaiste morderczy. Zginął kniaź Oboleński oraz Iwan Temko Rostowski. Ich oddziały stłoczone na niewielkiej przestrzeni poniosły ciężkie straty w ludziach i koniach. Litwini tymczasem zawrócili i kompletnie zniszczyli zmieszanego i skrwawionego przeciwnika.
Widząc zagładę pułku Oboleńskiego hetman Ostrogski zarządził generalny atak na moskiewskie centrum. Polacy i Litwini rozerwali front pułku Czeladnina, który wycofał się do straży tylniej. Ciężkozbrojni Świerczowskiego i lekka jazda Radziwiłła przegrupowali się i około godz. 18 uderzyli jeszcze raz, łamiąc wszelki opór. Armia moskiewska rzuciła się do bezładnej ucieczki ścigana przez Polaków i Litwinów.
W ręce zwycięzców dostał się moskiewski obóz ze wszystkimi bogactwami. No niewoli wzięto samego Czeladnina, Bułhakowa – Golicę, kniaziów (Rurykowiczów) jarosławskich, riazańskich, smoleńskich i starodubskich oraz wielu bojarów z najznamienitszych rodów moskiewskiej Rusi. Dla Wielkiego Księstwa Moskiewskiego była to prawdziwa katastrofa elit. Dla państwa polsko – litewskiego było to oszałamiające zwycięstwo, dorównujące rangą wcześniejszemu o stulecie Grunwaldowi. Ten wspaniały sukces nie doprowadził niestety do odzyskania Smoleńska. Królewskie oddziały zajęły tylko Dubrowno, Krzyczew i Mścisław. Doniosłe były jednak skutki polityczne bitwy orszańskiej. Przerwała ona sojusz moskiewsko – habsburskich jak również na długo wyhamowała ekspansję samej Moskwy.
Druzgocące zwycięstwo nad armią Czeladnina przywróciło Ostrogskiemu chwałę utraconą pod Wiedroszą (1500 r.). Nazwano go nawet „Ruskim Scypionem”. Kolejny raz pokazał się jako wielki dowódca w bitwie z Tatarami pod Olszanicą w 1527 r. Do końca życia wyznawał prawosławie i używał języka staroruskiego. W uznaniu zasług otrzymał specjalny przywilej wybudowania w Wilnie dwóch nowych cerkwi. Zmarł w 1530 roku. Pochowano go w kijowskiej  Ławrze Peczorskiej.
 
Bibliografia:
Żygulski Z. jun., Broń wodzów i żołnierzy, Kraków 1998,
Ratajczyk L, Historia Wojskowości, Warszawa 1980, 
Dróżdż P., Orsza 1514, Warszawa 2000,
Kempa T., Dzieje rodu Ostrogskich, Toruń 2002,

Bitwa pod Orszą – 8 września 1514 r (część I).

Bitwa pod Orszą (fragment) 8 września 1514 r. - przeprawa 
i ustawienie hufca ciężkozbrojnej jazdy Wojciecha Sempolińskiego.

Była kulminacyjnym momentem długoletniego konfliktu między unią polsko – litewską i Wielkim Księstwem Moskiewskim. Obszarem tej rywalizacji były wschodnie (prawosławne) prowincje Wielkiego Księstwa Litewskiego. Unia starała się umocnić na tych terenach, a władcy Moskwy chcieli je odebrać zgodnie z hasłem „zbierania ruskiej ziemi”. Schyłek XV wieku był pasmem politycznych i militarnych sukcesów Kremla. Iwan III ostatecznie zrzucił zwierzchnictwo tatarskie. Zawarł sojusz ze Krymem i skierował jego najazdy przeciwko Litwie. Przyłączył również księstwo twerskie. Jako pierwszy z władców Moskwy przyjął też tytuł wielkiego księcia „całej Rusi”. W latach 1486-92 kolejnym łupem Iwana stało się księstwo wierchowskie oraz Wiaźma. Zdobycze te zatwierdził pokój z 1494 r.
Zacieśnienie unii polsko – litewskiej po wstąpieniu na polski tron Aleksandra sprawiło, że Korona mocniej zaangażowała się w konflikt na wschodniej granicy Litwy. Niestety, po początkowych sukcesach przyszły kolejne straty. Moskwa zagarnęła ziemię siewiersko – czernihowską oraz część smoleńskiej i witebskiej. Po wojnie w latach 1507-08 wszystkie te zdobycze usankcjonował kolejny „wieczysty” pokój. Kolejny Król Polski, Zygmunt Stary doprowadził do sojuszu z Chanatem Krymskim. W 1512 roku Tatarzy wyprawili się na tereny państwa moskiewskiego docierając aż pod Riazań. Mimo wszystko wojska Wasyla III zaatakowały Wielkie Księstwo Litewskie. Celem tego uderzenia była oczywiście Smoleńsk, zwany wówczas „Bramą do Litwy”. Dwukrotnie armia moskiewska odeszła pokonana od murów Smoleńska. Wczesną wiosną 1514 roku Iwan sformował potężną armię (ok. 80- tysięcy zbrojnych i do 300 dział) i ruszył z nią do kolejnego oblężenia. Tym razem obrońcy nie wytrzymali. Namiestnik Jurij Sołłohub poddał miasto, do którego 30 lipca uroczyście wjechał Iwan III. W sierpniu moskiewski władca zawarł sojusz z cesarzem Maksymilianem I Habsburgiem oraz wielkim mistrzem Zakonu Krzyżackiego Albrechtem Hohenzollernem. Zakładał on wspólne uderzenie w następnym roku na ziemie unii polsko – litewskiej. Reakcja Zygmunta Starego była jednak stanowcza. Pod dowództwem hetmana wielkiego litewskiego ks. Konstantego Ostrogskiego zebrała się armia licząca ok. 33 tysiące jazdy i 3 tysiące piechoty z artylerią oraz oddziałami inżynieryjno - saperskimi. Celem wyprawy było odbicie Smoleńska i innych ziem zagarniętych przez Moskwę.
Na wieść o polskiej odsieczy pod koniec sierpnia siły moskiewskie ruszyły w rejon Orszy. Oddziały te liczyły ok. 40 tysięcy zbrojnych pod dowództwem Iwana Czeladnina. Jego zadania była obserwacja i zablokowanie ewentualnej przeprawy przez Dniepr. Czeladnin zakładał, że będzie ona możliwa tylko przez dwa stałe mosty, dlatego rozłożył swój obóz między Orszą i Dubrownem.
Tymczasem armia królewska po koncentracji w rejonie Mińska ruszyła na wschód. W Borysowie pozostały Zygmunt Stary razem z 4-tysięcznym oddziałem zabezpieczającym twierdzę. Reszta w sile ok. 25 tysięcy ludzi w nocy z 7 na 8 września przeprawiła się przez Dniepr ok. 5 km na wschód od Orszy i kilka kilometrów od mostów pilnowanych przez moskiewską armię. Jazda przeszła przez bród koło wsi Paszyno. Piechota i artyleria (pod dowództwem Hansa Wejsa i Jana Behema) przeszła Dniepr po dwóch mostach, które z łodzi, beczek oraz drewnianych pali wybudowali saperzy i inżynierowie dowodzeni przez Jana Basztę z Żywca. Czeladnin, który stracił ostatnie dni na ciągłe kłótnie z kniaziem Michałem Bułhakowem- Golicą, został zupełnie zaskoczony. Mimo wszystko sytuacja zdawała się mu sprzyjać. Jego armia była silniejsza, stała na lepszej pozycji, a przeciwnik miał za plecami rzekę. W istocie miał jednak niewielkie szanse na wygranie tego starcia. Oddziały moskiewskie, choć silne liczebnie, prezentowały jednak typ wojskowości w owym czasie już zacofany. Ich trzon stanowiła jazda bojarska, będąca de facto pospolitym ruszeniem, słabo wyszkolonym i niezdyscyplinowanym. Dzieliła się na ciężkozbrojnych, oraz lekkozbrojnych łuczników konnych. Tymczasem armię królewską tworzyli w większości zawodowcy (tylko część jazdy litewskiej składała się z pospolitego ruszenia), doskonale wyszkoleni, doświadczeni, znakomicie uzbrojeni i wyekwipowani. Piechota, artyleria i ciężka jazda prezentowały najwyższe wówczas standardy zachodnioeuropejskie. Lekkozbrojna husaria właśnie zaczynała swoją wielką karierę. Była to siła wprawdzie słabsza liczebnie, ale znacznie lepsza jakościowo. Również Ostrogski jako dowódca polowy zdecydowanie górował nad wodzem moskiewskim.
Czeladnin ustawił swoje siły w pięć pułków. W centrum stał grupujący najlepsze siły pułk wielki pod jego osobistym dowództwem. Przez nim rozciągnął się, złożony przede wszystkim z lekkokonnych pułk straży przedniej Iwana Temki Rostowskiego. Po prawej stanął pułk prawej ręki Michała Bułhakowa – Golicy. Pułkiem lewej ręki dowodził kniaź Andrzej Oboleński. Straż tylnią Czeladnin powierzył wojewodzie Grigorijowi Dawidowowi.
Hetman Ostrogski rozstawił armię królewską zgodnie ze „starym obyczajem polskim”. W centrum szyku stanęła piechota z artylerią. Za nimi rozwinęło się 10 elitarnych chorągwi zaciężnych i ochotniczych „z Korony” dowodzonych przez Wojciecha Sampolińskiego. Na lewym skrzydle stanęło 10 chorągwi ciężkiej jazdy polskiej pod dowództwem starosty trembowelskiego Jana Świerczowskiego osłanianych przez lekką jazdę litewską. Na prawym skrzydle stanęła jazda litewska dowodzona przez wojewodę kijowskiego Jerzego Herkulesa Radziwiłła. Na stokach wąwozu przecinającym równinę dzielącą obie armie Ostrogski ukrył jeszcze kilka rot piechoty oraz kilka lekkich dział. Około godziny 9 rano obie armie zajęły swoje pozycje. Obaj dowódcy zwlekali jednak z rozpoczęciem bitwy. Dopiero koło południa pierwszy ruch wykonał Czeladnin.

poniedziałek, 3 października 2011

Bitwa pod Martynowem 20 czerwca 1624 r.

Czeremisi z wojska koronnego. Rys. B. Gembarzewski.  


Na początku czerwca 1624 roku Kantymir Murza na czele 10 tysięcy wojowników Ordy Nogajskiej wszedł na Pokucie. Czekał na niego hetman polny koronny Stanisław Koniecpolski z oddziałami liczącymi ok 1500 kawalerzystów. Wbrew jego oczekiwaniom Tatarzy nie założyli jednak kosza, ale przeprawili się przez Dniestr pod Martynowem, po czym przez Ruś Czerwoną ruszyli na centralną Małopolskę, którą z kosza założonego niedaleko Przemyśla splądrowali do linii Krosno - Sędziszów. Oprócz bogatych łupów wzięli tam wielki jasyr. W tym samym czasie hetman Koniecpolski postanowił zebrać więcej wojska i zastawić na Tatarów zasadzkę przy Martynowskim brodzie. 13 czerwca podjazd rotmistrza Odrzywolskiego przyniósł wieść, że Kantymir zbiera się do odwrotu. Do 19 czerwca hetman zebrał już znaczącą siłę zarówno z wojsk królewskich, jak i prywatnych. Dysponował teraz 4650 żołnierzami jazdy, 350 piechurami i kilkoma lekkimi działkami. Wobec przewagi liczebnej przeciwnika postawił rozegrać bitwę w oparciu o tabor wozowy. Do działań poza nim wyznaczył 12 lekkich chorągwi pod dowództwem Tomasza Zamoyskiego. Aby skierować Tatarów dokładnie na wybrany bród Koniecpolski rozkazał chłopom stawiać zasieki na innych drogach. Wódz Nogajów okazał się dobrym dowódcą i przejrzał zasadzkę hetmana. W tej sytuacji Koniecpolski skrycie przeprawił (w nocy z 19 na 20 czerwca) swoje oddziały na północny brzeg Dniestru i rozłożył się pod Haliczem. Kantymir natychmiast rozpoczął przeprawę kosza z łupami i jasyrem. Aby osłonić jego przejście resztę armii rzucił na wojska hetmańskie. Na drodze do Halicza walczyły polskie chorągwie pancerne, których zadaniem było ściągnięcie Tatarów na tabor ustawiony na wzgórzach 11 km od Martynowa, w 8 rzędów, frontem do Dniestru. Hetman spodziewał się, że przyjmie on (tabor) pierwszy atak, po czym kawaleria ze skrzydeł uderzy na zmieszanych Nogajów i odrzuci ich na niedalekie bagna. Także i tym razem Kantymir nie dał się sprowokować. Widząc, że Tatarzy nie mają zamiaru atakować taboru i jedynie osłaniają odwrót kosza polski dowódca musiał rozpocząć działania ofensywne. Kiedy wozy zjeżdżały z pozycji Tatarzy gwałtownie zaatakowali, co spotkało się z kontrą pancernych. Zaciekła walka trwała prawie godzinę. Po ponownym uformowaniu szyku tabor podszedł na tyle blisko, że po pozorowanej ucieczce pancernych otworzono gwałtowny ogień. Zadał on Tatarom tak duże straty, że zaczęli w panice uciekać (bynajmniej nie udając). W pościg ruszyły chorągwie pancerne Stefana Chmieleckiego. Polacy wyminęli Tatarów szerokim łukiem i zastawili im drogę koło Martynowa. Gwałtownym ostrzałem z broni palnej i łuków pancerni zadali Nogajom ciężkie straty i zepchnęli ich oddziały do Dniestru, gdzie doszło do prawdziwej masakry. Część Tatarów pancerni wystrzelali jeszcze w rzece. Wielu utonęło w czasie przeprawy. Sam Kantymir, choć ranny zdołał dotrzeć do wyborowych oddziałów kosza. Chorągwie pancerne również przeprawiły się na drugi brzeg, gdzie sformowały szyk i ogniem z pistoletów odparły tatarski kontratak, po którym Tatarzy zaczęli szybki odwrót. Widząc co się dzieje hetman Koniecpolski został tabor i z całą jazdą ruszył za Kantymirem. Jeszcze raz rozbito oddziały komunika, po czym pancerni Chmieleckiego ruszyli w pogoń za koszem. Aby przyspieszyć marsz Tatarzy wymordowali część brańców i porzucili dzieci. Mimo tego pancerni Chmieleckiego dopadli ich, odbijając resztę jasyru oraz uprowadzone bydło. Tatarzy zabrali jeszcze na koniach najznaczniejszych jeńców, ale i tych odbito pod Jezupolem. Polacy ścigali przeciwnika prawie 100 km od Martynowa. Do tego czasu armia Nogajów zmieniła się w rozproszone grupy, rozpaczliwie starające się ujść przed Polakami. Ostatnią z takich watah rozbito 21 czerwca pod Chocimierzem. Dalszy pościg Chmielecki powierzył Czerkiesom z oddziałów kwarcianych. Klęski Kantymira dopełnili chłopi, którzy mszcząc się za wcześniejsze najazdy bezwzględnie wybijali po lasach drobne grupki Tatarów. Z prawie 10-tysięcznej armii powrócił tylko ranny dowódca z kilkusetosobowym oddziałem i grupą jeńców. Zwycięstwo hetmana Koniecpolskiego było totalne. Praktycznie unicestwił dwukrotnie silniejszą armię przeciwnika. Co ciekawe największe ciosy zadał przeciwnikowi tylko częścią swoich sił. Pięknie pokazuje to ówczesną świetność polskiej kawalerii. Dla Ordy Nogajskiej bitwa pod Martynowem była nie tyle klęską, ale wręcz katastrofą, po której na długie lata straciła siłę ofensywną.
Bibliografia:
Besala J., Wielcy hetmani Rzeczypospolitej, Warszawa 1983, 
Podhorodecki L., Chanat Krymski i jego stosunki z Polską XVI i XVII wieku, Warszawa 1987,
Podhorodecki L., Stanisław Koniecpolski, Warszawa 1978,

sobota, 1 października 2011

Bitwa z Tatarami pod Kleckiem 5 sierpnia 1506 r.

Bitwa pod Kleckiem. Fragment ryciny z epoki.

Na początku 1506 roku, mimo toczących się rozmów na temat antymoskiewskiego sojuszu, chan Krymu Mengli I Girej zdecydował się zaatakować unię polsko – litewską. Tatarzy wystawili dwie armie. Jedna uderzyła na Małopolskę, druga na Wielkie Księstwo Litewskie, dochodząc aż na tereny obecnej Białorusi. Pod koniec maja na Litwę uderzyła jeszcze jedna armia. Tworzyło ją ok. 5 tysięcy wojowników, dowodzonych przez synów chana: Burnasza i Fethiego. Po przejściu na prawy brzeg Dniepru oddziały te przez Brahiń i Mozyrz dotarły do Petrykowa. Przeprawiły się tam przez Prypeć, po czym ruszyły na Słuck. 20 lipca Tatarzy po przejściu prawie 1800 km dotarli do spalonego w 1504 roku Klecka. Założyli tam swoją bazę operacyjną, tzw. Kosz. Rozesłali z niego czambuły (podjazdy) na 100 km pod Mińsk, Lidę, Nowogródek, Oszmianę i Wołkowysk. Celem był oczywiście rabunek, chwytanie jasyru (szczególnie chętnie porywano kobiety) oraz koni.
Na wieść o najeździe przebywający akurat w Lidzie król Aleksander zwołał pospolite ruszenie. Przy dworze stacjonował jedynie niewielki oddział lekkozbrojnych Serbów (tzw. Raców) . Dowództwo akcji przeciwko Tatarom powierzono hetmanowi litewskiemu Stanisławowi Kiszce, oraz marszałkowi nadwornemu Michałowi Glińskiemu (tatarskiego pochodzenia, z rodu Mamaja). 30 lipca wyruszyli obaj na czele ok. 7 tysięcy konnicy (6 tysięcy pospolitego ruszenia, ok. 1 tysiąca zaciężnych Raców (walczących jako lekka husaria) i jazdy „z Korony” ). Armia poszła „komunikiem”, bez taborów. 4 sierpnia doszli do Ostaszyna. Straż przednia tego samego dnia pod Iszkołdzią rozbiła tatarski czambuł liczący ok. 500 zbrojnych. Jego niedobitki zaalarmowały wodzów stojących w koszu z doborowymi oddziałami. Ponieważ stan zdrowia hetmana Kiszki (chorego już w pierwszym dniu wyprawy) gwałtownie się pogorszył, dowództwo objął marszałek Gliński. Doskonale zdawał on sobie sprawę ze słabości swoich sił, wprawdzie licznych, ale utworzonych przede wszystkim przez niezdyscyplinowane pospolite ruszenie. Dlatego zdecydował się na rozstrzygnąć bitwę uderzeniem na sam kosz. Tatarzy, zgodnie ze starą praktyką, zostawili w nim połowę swoich sił. Było to ok. 2,5 tysiąca najlepszych wojowników. Zajęli bardzo dogodną do obrony pozycję. Z trzech stron otaczały ją bagna, a od zachodu dodatkowo rzeka Łania.
Gliński zmylił przeciwnika podchodząc do Klecka od południowego zachodu. Postanowił odciąć przeciwnikowi odwrót, otoczyć go i zniszczyć. Bitwa rozpoczęła się około godz. 13 walką o przeprawę. Oddziały Glińskiego pod ostrzałem tatarskich łuczników przez trzy godziny przygotowały dwa mosty. Budowę osłaniali strzelcy i dwa lekkie działka. Około 15 rozpoczął się atak królewskiej armii. Gliński podzielił swoje sił na dwie grupy. Południowa miała związać przeciwnika, a północna odciąć mu drogę odwrotu umożliwiając całkowite zniszczenie. Niestety, niedoświadczonym pospolitakom zabrakło dyscypliny. Północna kolumna zaatakowała za wcześnie, wywracając cały plan marszałka. Tatarzy zaatakowali większością sił pierwszą kolumnę. Mimo zaciętego oporu zaczęli ją spychać w kierunku rzeki. Rozpaleni rychłym, jak się zdawało, zwycięstwem, nie zauważyli, że rzekę przechodzą kolejne oddziały. Południowa grupa prowadzona przez Glińskiego z marszu zniosła tatarską osłonę i uderzyła w bok sił głównych. Gwałtowny atak rozerwał szyki ordyńców … i było już po bitwie. Tatarzy rzucili się do ucieczki. Wielu zginęło w pobliskich bagnach między Ceprą i Łanią. Marszałek Gliński wysłał w pościg kilka chorągwi, a z resztą został w koszu kolejno gromiąc ściągające do niego czambuły.
Zwycięstwo było znakomite. Wzięto wielu jeńców, którymi zaludniono później wsie zniszczone we wcześniejszych najazdach. Wedle źródeł z epoki uwolniono prawie 40 tysięcy jasyru (głównie kobiety i dzieci) oraz 30 tysięcy koni. Odzyskano również wszystkie łupy. Sukces Glińskiego odbił się szerokim echem po całej Rzeczypospolitej. Po raz pierwszy udało się zniszczyć główne siły tatarskiej armii, i to tak, że na Krym wróciły tylko niedobitki.
Stosunki między Krymem i unią polsko – litewską zmieniły się po Klecku diametralnie. Wprawdzie Zygmunt Stary zgodził się płacić coroczny haracz (zwany „upominkiem”) jednak zawarto również sojusz skierowany przeciwko Moskwie. Dodatkowo chan wydał specjalny jarłyk potwierdzający prawo Litwy do zdobytych przez nią ziem należących niegdyś do Złotej Ordy.

Bibliografia:
Borawski P., Tatarzy w dawnej Rzeczypospolitej, Warszawa 1986 r.
Podhorodecki J., Chanat Krymski i jego stosunki z Polską w XV-XVIII wieku, Warszawa 1987 r. 
Tyszkiewicz J., Z dziejów Tatarów polskich, Pułtusk 2002 r.

czwartek, 29 września 2011

Bitwa pod Lubiszewem Tczewskim (17 kwietnia 1577 r.). Cz. II.

Strzelcy niemieckich landsknechtów. 
Rys. Braun & Schneider.


Hetman Zborowski zaskoczył przeciwnika w czasie przeprawy przez Motławę k. Lubiszewa. W chwili przybycia polskich oddziałów na wschodni przez przeszło 600 rajtarów i konnej milicji gdańskiej Winkelbrucha oraz ok. 1600 landsknechtów z 3 działami i 3 wozami wyposażonymi w ciężkie hakownice. Jazda rozwinęła się na prawym skrzydle pośpiesznie zestawionego szyku. Za nią stanęła część piechoty. Lewe skrzydło tworzyli landsknechci, przed którymi ustawiono owe 3 działa. Zborowski rzucił na niemiecką kawalerię ok. 300 husarzy i petyhorców. Był to prawdopodobnie atak pozorowany, mający związać przeciwnika do czasu rozstrzygnięcia sytuacji na lewym skrzydle. Węgierska piechota po krótkiej wymianie ognia z landsknechtami zaatakowała i zdobyła armaty przeciwnika. Hajducy obrócili je i otworzyli ogień na drugą linię, która próbowała odgryzać się hakownicami na wozach. Pikinierzy landsknechtów ruszyli do kontrataku. Węgrzy odłożyli swoje rusznice … i szablami poucinali niemieckie piki. Widząc sukces hajduków Zborowski rzucił do drugiej szarży husarię. Rozbiła ona jazdę przeciwnika i odrzuciła ją na landsknechtów, po czym atakując dalej rozerwała również szyk piechoty. W tym momencie na obu skrzydłach rozpoczęła się paniczna ucieczka gdańskich najemników. Na drugim brzegu Motławy stały jeszcze potężne siły, prawie czterokrotnie silniejsze od oddziałów Zborowskiego. Gdańska milicja widzą jednak pogrom swoich zawodowców również zaczęła uciekać, pociągając za sobą resztę landsknechtów. Polska kawaleria przeprawiła się przez rzekę i ruszyła w pościg, bezlitośnie masakrując spanikowanego przeciwnika. Zwycięstwo armii królewskiej było absolutne. Oddziały Winkelbrucha w samych zabitych straciły przeszło 4,5 tysiąca żołnierzy. Prawie 5 tysięcy Gdańszczan oraz ich najemników poszło do niewoli. Można uznać, że unicestwiona została prawie cała armia zbuntowanego miasta. Armia królewska zapłaciła za to fantastyczne zwycięstwo minimalnymi stratami: 187 zabitych i rannych.
Gdańsk nie chciał się poddać, ale wobec utraty armii polowej mógł już tylko się bronić. Ostatecznie po długim oblężeniu, w grudniu 1577 roku zwyciężył rozsądek i rebelianci ukorzyli się przed królem, uznając jego majestat, przepraszając za swój opór i wypłacając przeszło 200 tysięcy złotych. Stefan Batory z kolei utrzymał dotychczasowe przywileje Gdańska. Wykreowany w ten sposób układ opłacał się obu stronom. Król odzyskał swój prestiż, a Rzeczpospolita umocniła władzę nad Pomorzem Gdańskim. Z kolei miasto tracą polityczną niezależność utrzymało swoją pozycję ekonomiczną, stając się z buntownika wiernym poddanym, broniącym swoich związków z Polską nawet gdy ta padała już pod ciosami sąsiadów. Kto wie, jakby się to wszystko potoczyło, gdyby nie surowa lekcja, jaką Gdańszczanom udzielili pod Lubiszewem hetman Zborowski, jego husaria i węgierska piechota.

Bibliografia:
1. Sikora R., Lubieszów 17IV 1577, Zabrze 2005.
2. Spórna M., Słownik największych wodzów i dowódców polskich, Zielona Góra 2006.
3. Cieślak E., Biernat Cz., Dzieje Gdańska, Gdańsk 1975,
4. Besala J., Stefan Batory, Poznań 2010.

środa, 28 września 2011

Bitwa pod Lubiszewem Tczewskim (17 kwietnia 1577 r.). Cz. I.

Jastrzębiec- herb hetmana Jana Zborowskiego.

Świetne zwycięstwo pod Lubiszewem Tczewskim jest jednym z najmniej znanych epizodów naszej historii. Polacy rozgromili w tym starciu prawie 6-krotnie silniejszego przeciwnika. Jakoś dziwnie wyparliśmy tą bitwę z pamięci. Być może dlatego, że była ona częścią wojny de facto domowej, starcia nowego króla Rzeczypospolitej Stefana Batorego ze zbuntowanym Gdańskiem. Źródłem konfliktu było poparcie przez Gdańszczan kandydatury cesarza Maksymiliana II Habsburga, który po ucieczce Henryka Walezego chciał zagarnąć polski tron. Batory ubiegł go jednak szybką koronacją. Habsburg wkrótce zmarł, a Gdańsk znalazł się w bardzo niezręcznej sytuacji. Nowy władca postąpił cokolwiek lekkomyślnie, dążąc do ukarania potężnego miasta za popieranie konkurenta, czym pośrednio sprowokował otwarty konflikt. W 1576 roku Gdańszczanie zaciągnęli prawie 3,5 tysiąca niemieckich landsknechtów (najemna piechota) oraz rajtarów i artylerię. Sami zmobilizowali milicję mieszczańską w sile ok. 10 tysięcy dobrze wyposażonych i uzbrojonych żołnierzy. Całością dowodził Hans Winkelbruch von Köln. Dysponując tak znaczącą siłą planował uderzenie w kwietniu 1577 roku na Prusy Królewskie. Jako cel pierwszego uderzenia obrał Tczew. Batory odpowiednio wcześniej, wobec otwartej rebelii grożącej odcięciem Polski od morza, wysłał przeciwko gdańskiej armii oddziały hetmana Jana Zborowskiego. Liczyły one w sumie ok. 3,1 tysiąca zbrojnych i obozowały właśnie w Tczewie. 16 kwietnia Zborowski odesłał jedną trzecią swoich sił (głównie uzbrojoną czeladź) do Gniewu, aby zabezpieczyć go przed spodziewanym atakiem. Zostawił sobie około 1200 kawalerzystami (w tym przeszło 500 husarzy) . Jego piechota liczyła ponad 600 węgierskich strzelców (hajduków) z 2 działami. Cały czas uważnie śledził ruchy przeciwnika, i mimo olbrzymiej przewagi Winklebrucha postanowił wydać mu bitwę. Jego decyzja z pozoru może wydać się szaleństwem. Przeciwnik był prawie 6-krotnie liczniejszy. Być może inna armia wycofała by się w takiej sytuacji. Zborowski był jednak doskonałym, doświadczonym dowódcą, pewnym siebie i swoich żołnierzy. Jego oddziały tworzyli świetnie wyszkoleni i doświadczeni zawodowcy. Miał też najlepszą kawalerię ówczesnej Europy – husarię. Przeciwnik mimo wielkiej przewagi w przeważającej części składał się z doskonale prezentującej się, ale słabej jakościowo milicji. Uwzględniając powyższe hetman Zborowski zdecydował się walczyć. Jako miejsca starcia wybrał przeprawy przez Motławę, na zachód od Tczewa.
Winkelbruch prawdopodobnie spodziewał się, że znacznie słabsi liczebnie Polacy ustąpią bez walki Kiedy 17 kwietnia jego oddziały przybyły pod Tczew okazało się, że nie uciekli, ale szykują się do starcia. Ufny w przewagę własnej armii postanowił atakować. Jego plan był bardzo prosty. Tczew miał zaatakować płynący Wisłą na 4 jednostkach oddział landsknechtów. Główne siły gdańskiej milicji otrzymała zadania związania oddziałów Zborowskiego na pozycji pod Rokitkami. Rolę masy obchodzącej Winklebruch powierzył zawodowej piechocie i kawalerii ( w sumie prawie 3,7 tysiąca żołnierzy), którzy od południa mieli zaatakować Polaków walczących z milicją. Szybko okazało się jednak, że starło się tego dnia dwóch dowódców, z których jeden o klasę przerastał drugiego. Zborowski bardzo szybko zorientował się w zamiarach przeciwnika. Zablokował przeprawę pod Rokitkami i wydzielił oddział do obronny Tczewa. Główne siły, czyli ok. 1160 jazdy i 600 piechoty (bez artylerii) ruszyły pod Lubiszew … na 5-krotnie silniejszego przeciwnika.

wtorek, 27 września 2011

Bitwa pod Kircholmem (27 września 1605 r).

Kircholm 1605 r. W tle, na wzgórzu, hetman Chodkiewicz ze sztabem. 
Mal. W. Kossak.

Jedno z najefektowniejszych zwycięstw w polskiej historii i wielki dzień naszej superkawalerii – husarii. Przeciwnik miał nie tylko znaczną przewagę liczebną, ale też nieporównywalną siłę ognia i dobrą pozycję. Zdawałoby się …. sprawa przesądzona, a jednak Chodkiewicz w ciągu niecałych 3 godzin dosłownie zmiażdżył szwedzką armię. Zwyciężyła taktyka i porażająca skuteczność polskiej jazdy.
Bitwa była kulminacyjnym starciem polsko – szwedzkiej wojny o Inflanty. Po serii dotkliwych porażek w bitwach z oddziałami Krzysztofa Radziwiłła „Pioruna” i Jana Zamoyskiego król Szwecji Karol IX Sundermański postanowił rozstrzygnąć wojnę na swoją korzyść zdobywając Rygę. W sierpniu 1605 roku obległ ją korpus Joachima Mansfeldta. Tym razem przeciwnikiem Szwedów był hetman polny litewski Jan Karol Chodkiewicz (w 1604 roku pobił Szwedów pod Białym Kamieniem). Mając znacznie mniejsze siły mógł albo zaatakować wroga pod murami Rygi, albo sprowokować bitwę na swoim terenie. Wybrał to drugie rozwiązanie. Aby dobrze przygotować się nie zaniedbał niczego – łącznie z dezinformacją przeciwnika, którego przekonał, że jego siły są nie tylko słabe, ale zdemoralizowane i w walce łatwo ulegną.
25 września 1605 roku Szwedzi rozbili pod Rygą polski podjazd. Do niewoli dostał się towarzysz husarski Tomasz Krajewski. Przesłuchiwany powiedział dokładnie to, co chciano od niego usłyszeć – że wojska Chodkiewicza są nieliczne i zmęczone. Trudno dzisiaj orzec, czy Krajewski był przypadkowym jeńcem czy też była to akcja polskiego wywiadu. Faktem jest, że utwierdził Szwedów w przekonaniu o czekającym ich pewnym zwycięstwie. Karol IX wydał nawet dla swojego sztabu ucztę, na której rozdzielał przyszłe łupy po pokonanych Polakach (!). W nocy z 26 na 27 września Szwedzi zwinęli oblężenie Rygi i ruszyli do oddalonego o 13 km Kircholmu, gdzie obozowała armia Chodkiewicza.
Rankiem 27 września obie armie rozwinęły się do bitwy. Chodkiewicz dysponował 1040 żołnierzami piechoty wspartymi przez kilka lekkich dział. Jego kawaleria liczyła około 2400 ludzi (w większości była to husaria). Piechota w dwóch kolumnach stanęła w pierwszej linii. W lukach między piechotą Chodkiewicz umieścił 300 husarzy porucznika Wincentego Wojny. W drugiej linii stanęli husarze Teodora Lackiego, a za nimi konni ochotnicy. Prawym skrzydłem (ok. 700 husarzy oraz konni ochotnicy w dwóch rzutach) dowodził rotmistrz Jan Piotr Sapieha. Na lewym stanęło około 900 kawalerzystów Tomasza Dąbrowy.
Szwedzi rozwinęli swój szyk na rozległym wzgórzu ok. kilometra od pozycji Chodkiewicza. Mieli w sumie około 8500 piechoty i 2500 kawalerii oraz 11 dział. W pierwszej linii stanęło 7 półregimentów piechoty (po ok. 650 ludzi każdy) pod dowództwem Andersa Lenartssona, za nimi 6 półregimentów jazdy (w sumie ok. 1500 ludzi). Na prawym skrzydle stanęła jazda hrabia Mansfeldta, a na lewym pułkownika Brandta. W drugim rzucie stanęła reszta piechoty oraz odwód złożony z 5 półregimentów jazdy.
Ponieważ Szwedzi trwali na swojej pozycji Chodkiewicz polecił Dąbrowie wykonanie manewru pozorowanej ucieczki. Banalnie prosty i zdawałoby się „oklepany” fortel zadziałał bezbłędnie. Pierwszy rzut armii szwedzkiej zszedł ze wzgórza i rozpoczął atak. Wchodzący pod górę Szwedzi dostali z bliska silny ogień polskiej piechoty i artylerii, po czym uderzyła na nich husaria Wojny i rajtarzy kurlandzcy. Rajtaria Mansfeldta próbowała ratować własną piechotę, ale w starciu z najlepszą kawalerią ówczesnej Europy nie miała żadnych szans. Dąbrowa rozbił i odrzucił szwedzką jazdę po czym uderzył od tyłu centrum szwedzkiego pierwszego rzutu. Husaria razem z lekką jazdą szybko złamały szyk piechoty Lenartssona, zmieniając ją w bezładnie uciekający, spanikowany tłum. Anders Lenartsson poległ, podobnie jak książę Fryderyk Luneburski, którego śmiertelnie ranił sam Dąbrowa.
Rozbite oddziały pierwszego rzutu armii Karola IX zmieszały drugą linię uniemożliwiając wprowadzenie jej do walki. Aby zyskać czas konieczny dla uporządkowania szyku król szwedzki rzucił przeciwko prawemu skrzydłu polskiej armii pozostałe siły własnej kawalerii. Jan Sapieha mimo przewagi Szwedów szybko rozbił pierwszą linię przeciwnika i związał w walce drugą.
Chodkiewicz wysłał jako wsparcie prawego skrzydła grupę Lackiego. Rozbił on uderzeniem z flanki rajtarię walczącą z jazdą Sapiehy. Zniszczył też oddziały, które próbowały kontratakować, po czym ścigając niedobitki wyszedł na tyły armii szwedzkiej. Część oddziałów Karola IX wciąż jeszcze broniła się w zabudowaniach Kircholmu. Na wzgórek kościelny zajęty przez szwedzki sztab Chodkiewicz rzucił całą piechotę. Błyskawicznym atakiem zajęła ona tą pozycję i był to koniec szwedzkiego oporu. Niedobitki armii Karola Sundermańskiego uciekały w panice ku morzu, gdzie na ryskiej redzie czekała szwedzka flota. Ścigała ich polska jazda i łotewscy chłopi, mszczący się za liczne rabunki i gwałty. Sam Karol cudem uniknął śmierci, kiedy zabito pod nim konia. Swojego oddał mu przyboczny rajtar, Henryk Wrede, który czyn ten przypłacił życiem.
Historycy oceniają szwedzkie straty w tej bitwie na 6-9 tysięcy ludzi. Zginęła prawie cała piechota. Przepadła artyleria i tabory . Z kawalerii na okręty dotarło zaledwie kilkuset jeźdźców. Polsko – litewskie - kurlandzkie straty to około 100 zabitych (zginęło 13 towarzyszy husarskich) i ponad 200 rannych (w tym Lacki, Wojna i Dąbrowa). Padło również około 150 koni.  Bitwy nie przeżył też wspomniany na początku towarzysz husarski Tomasz Krajewski. Widząc klęskę swojej armii Karol Sundermański osobiście przebił go rapierem.

wtorek, 20 września 2011

Bitwa pod Szczawienkiem (pod Strugą) 15 maja 1807 r.

Od lewej: ułan (lansjer) i oficer pułku nadwiślańskiego w 1807 r. 
Rys. B. Gembarzewski.

Na początku maja 1807 roku pruski gubernator Śląska von Gotzen na wieść o planowanym wyjściu z Wrocławia znacznych sił francuskiego garnizonu postanowił zaatakować miasto swoimi najlepszymi oddziałami. Dowództwo tej wyprawy objął mjr von Losthin. Przydzielono mu 8 kompanii strzelców (1130 bagnetów) i 2 szwadrony kawalerii (230 szabel) oraz 2 działa. Nocą 11 maja oddział ten wyruszył z twierdzy Srebrna Góra na Świebodzice, a dalej między Strzegomiem i Świdnicą na Kąty Wrocławskie. 14 maja zastąpiło mu tam drogą 8 kompanii bawarskiego 1 pułku piechoty liniowej, saski batalion piechoty i szwadron bawarskich szwoleżerów pod dowództwem gen. Lefebvre-Desnouettesa. W krótkim, acz gwałtownym starciu zwyciężyli Prusacy. Wzięli 422 jeńców, bawarską chorągiew, 2 działa 6-funtowe, 600 karabinów i tabory przeciwnika. Na wieść o wzmocnieniu załogi Wrocławia Losthin postanowił wracać. W marszu otrzymał wiadomość, że na nocleg do Strzegomia zmierza pułk polskich ułanów wracający z Italii do kraju. Zakładając, że łatwo rozbije tak słabego liczebnie przeciwnika zdecydował się atakować. Popełnił tym samym fatalny błąd, rzucając się na oddział z którym nawet przy swojej przewadze nie miał w zasadzie żadnych szans. Pułk ułanów Legii Nadwiślańskiej był bodaj najlepszą jednostką kawalerii swojej epoki. 14 maja stanęło w Strzegomiu ok. 280 konnych ułanów pod dowództwem mjr Świderskiego. Niby niewiele, ale był to wszystko żołnierz najtwardszy z twardych, zahartowany w wielu bitwach, absolutnie zdeterminowany by pokonać każdą przeszkodę na drodze do kraju, a przede wszystkim mistrz zabójczej superbroni polskiej kawalerii – krótkiej lancy. W rękach doświadczonych nadwiślańczyków była to broń o morderczej skuteczności, o czym rychło przekonali się żołnierze Losthina.
Wieczorem 14 maja gen. Lefebvre-Desnouettes dołączył do Polaków, po czym, zaalarmowani o nadchodzących Prusakach, o północy ruszyli w stronę Świdnicy. Losthin spóźnił się o dwie godziny. Po krótkim odpoczynku załadował swoją piechotę na wozy i ok. godz. 7 rano (15 maja) ruszył w kierunku Dobromierza. Tymczasem gen Lefebvre dołączył do polskich ułanów sprowadzony ze Świdnicy szwadron kawalerii, 2 kompanie bawarskiej piechoty oraz 3 działa. Z tymi siłami ok. godz. 11 zastąpił Prusakom drogę na równinie między Strugą oraz Szczawnem i Szczawienkiem. Losthin mając zablokowaną jedyną drogę w góry musiał przyjąć bitwę. Jego piechota przeszła przez Strugę i rozwinęła się na równinie. Było to 8 kompanii: Blachy, Clausewitza, Ingelsteina, Freyberga, Frankenberga, Rekowskiego, Stengla, i Sella,  (w sumie ok. 1000 bagnetów). Na prawym skrzydle ustawił na wzniesieniu 3 armaty dowodzone przez kpt. Za nimi jako osłona zajął pozycję szwadron huzarów mjr Stossela. Z tyłu jako odwód rozwinęli się dragoni rtm. Kleista i bośniaccy lansjerzy por. Prittwitza. Rzucił przeciwko nim 2 kompanie Bawarczyków, którzy w podchodząc w tyralierze rozpoczęli ogień karabinowy. W tym samym pułk ułanów stał w kotlinie na skraju lasu. Szwadronami dowodzili kapitanowie: kapitanowie Fijałkowski, Hupet, Skarżyński, oraz Stokowski. Na komendę gen. Lefebvre-Desnouettes 3 szwadrony dwóch liniach ruszył w kierunku Strugi. Widząc nadchodzących Polaków pruski odwód kawalerii rzucił się do kontr szarży. Był to błąd przesądzający o wyniku starcia. W „Popiołach” S. Żeromskiego opisał to wachmistrz Gajkoś. „Ruszą w Prusactwo z kopyta, po polsku, co duchu w szkapach. Lancami psubratów — durch. W mig wywrócone i w puch rozbite zostały szwadrony huzarów tabaczkowych i pięknych dragonów błękitnych z różowymi wyłogami i bośniaków z lancami". Gwałtowna szarża Polaków rozbiła pruską kawalerię i spędziła ją na piechotę. Lewoskrzydłowa kompania strzelców Blachy próbowała zmienić front, ale została błyskawicznie zniszczona. Pozostałe kompanie zdążyły sformować czworoboki. W tej chwili kapitan Fijałkowski z jednym szwadronem ułanów oraz bawarskimi szwoleżerami zaatakował prawe skrzydło Losthina. Zmiótł asekurujących działa huzarów, po czym ruszył na prawoskrzydłowe kompanie piechoty. Ułani przelecieli przez pruskie czworoboki. Część Prusaków od razu wołała o „pardon”, ale później strzelali z tyłu do ułanów. Jak wspominał po latach W. Dobiecki „Odwracano się wtedy i niemało wykłuto". Wszystko rozegrało się tak szybko, że bawarska piechota nie zdążyła nawet dobiec do pruskich pozycji. Polacy zdobyli wszystkie działa oraz tabory przeciwnika. Odbili większość jeńców wzięli pod Kątami. Sami wzięli do niewoli mjr Losthina, 13 oficerów oraz przeszło 300 szeregowych. Tylko niedobitki Prusaków uciekły w góry. Polacy stracili ok. 20 zabitych i rannych. Jako wyróżniających się w bitwie W. Dobiecki wymienił kapitanów Stokowskiego i Hupeta, poruczników Rybałtowskiego, Błońskiego. Dziurkiewicza, Ledochowskiego, wachmistrzów Pruskiego i Skarżyńskiego .

-------------------------------

Bibliografia:

Dobiecki W, Pamiętnik jazdy legionów, dodatek „Czasu", Lwów 1859,
Kukiel M, Dzieje oręża polskiego w epoce napoleońskiej, Poznań 1912,
Minkiewicz J, Ułani nadwiślańscy na Śląsku, Wojskowy Przegląd Historyczny nr 2/58. 
Hopfner J, Der Krieg von 1806 und 1807,  Berlin 1855.

poniedziałek, 5 września 2011

Bitwa w Kraju Dziadoszan (2 września 1015 r.).


Powyższy rysunek B. Gembarzewskiego jest odtworzeniem figur wojowników pruskich z płaskorzeźb drzwi katedry gnieźnieńskiej z 2 połowy XII wieku. Zdaniem autora przedstawienie to może być analogią do polskich lekkozbrojnych wcześniejszego okresu.


Bitwa z Niemcami w Kraju Dziadoszan (między Odrą i Bobrem, prawdopodobnie gdzieś między Ochlą i Brzeźnicą) 2 września 1015 r.  
Było to finalne starcie kampanii, która rozpoczęła się w drugiej połowie sierpnia. Niemieckie siły główne miały uderzyć w centrum piastowskiego państwa – tradycyjnym już szlakiem niemieckich wypraw przez Krosno na Poznań. Tam miało dojść do walnej bitwy, która wobec niemieckiej przewagi technicznej dałaby wojskom cesarskim tak upragnione zwycięstwo. Plan był prosty a zwycięstwo zdawałoby się – prawie pewne. O wszystkim zadecydowała znakomita sprawność polskiego wywiadu. Dzięki swoim szpiegom Bolesław Chrobry znał cesarskie plany z dużym wyprzedzeniem i mógł się odpowiednio przygotować na przyjęcie nieproszonych gości, ściągając na zachodnią granicę wojska praktycznie z całego kraju. Początkowo Niemcy odnosili spore sukcesy. Pod Krosnem syn Chrobrego, Mieszko, nie zdołała zatrzymać cesarskiej kolumny i musiał się wycofać po zaciekłej walce z ciężkimi stratami. W tym samym czasie Bolesław zatrzymał nad Odrą drugą niemiecką kolumnę dowodzoną przez księcia Bernarda. Ten załadował swoje siły na łodzie i popłynął 30-40 km w dół rzeki i bez przeszkód wylądował na jej wschodnim brzegu. Ten pozorny sukces był jednak straszliwym błędem – oddalił bowiem oddziały Bernarda od Polaków, ale również od kolumny cesarskiej. Chrobry natychmiast przemaszerował pod Krosno i połączył się z Mieszkiem zostawiając przeciwko oddziałom Bernarda tylko siły osłonowe. Główna kolumna Henryka II wobec koncentracji polskich sił znalazła się nagle w bardzo niebezpiecznej sytuacji. Polacy mogli bez problemu odciąć ją od zaopatrzenia, zablokować i zagłodzić. Szybki odwrót był jedynym wyjściem. 1 września w Kraju Dziadoszan Niemcy po przedarciu się przez bór wyszli na polanę, za którą znajdowało się rozległe bagno. Nie mogli go przejść ani ominąć – na flankach pojawili się już polscy łucznicy. Przewodnicy (oczywiście podstawieni przez polski wywiad), którzy wprowadzili Niemców w taką pułapkę – zniknęli. Nadchodzili za to Polacy, na tyle silni, by pokusić się o wydanie walnej bitwy. Niemców uratowała szybka budowa mostu, po której główne siły przeszły przez bagno. Uciekli dosłownie w ostatniej chwili. Pozostawili tylko straż tylną dowodzoną przez biskupa magdeburskiego Gerona, saskiego palatyna Burcharda oraz margrabiego Gerona, a złożoną z wyborowych oddziałów. Odparły one dwa ataki Polaków, ale trzeci rozbił ich szyki . Uratowała się tylko niewielka grupa z arcybiskupem i rannym palatynem. Reszta została doszczętnie wybita. Zginął margrabia Gero, przeszło 200 najprzedniejszych rycerzy i kilkakrotnie większa liczba pośledniejszych wojowników. Kampania zakończyła się dla Niemców prawdziwą katastrofą. Cesarz uciekał aż do Merseburga. Polacy ponownie zajęli Łużyce i tylko niespodziewana powódź uratowała Niemców przed utratą Miśni.
Bitwa w Kraju Dziadoszan (Dziadoszyców) była zwycięstwem świetnym, a dzisiaj jest jednym z zupełnie zapomnianych epizodów naszej historii. Nasi przodkowie tutaj, na Dolnym Śląsku zmusili do hańbiącej ucieczki najpotężniejszą armię ówczesnej Europy, niszcząc w otwartym starciu jej najlepsze oddziały. Ale cóż – my po staremu wolimy rozpamiętywać nasze klęski niż świętować zwycięstwa. Tak przy okazji – warto pamiętać, że już ponad tysiąc lat temu Polacy mieli stałą, zawodową armię i doskonały wywiad.

Fragment z kroniki Thietmara opisujący bitwę w Kraju Dziadoszan:
"Kiedy w drodze powrotnej [cesarz] przybył do kraju Dziadoszan, rozbił na swoje nieszczęście obóz w pewnym ciasnym pustkowiu, którego jedynym mieszkańcem był pewien hodowca pszczół, później zresztą zabity [...] A gdy zawiadomiono go [Bolesława], że cesarz już się wyniósł, wysłał wielką liczbę pieszych do miejsca, w którym obozowało wojsko [niemieckie], z rozkazem, by starali się choć część tego zniszczyć, jeżeli nadarzy się do tego korzystna okazja. [...] Cesarz podążył naprzód i powierzywszy pozostałe wojsko abp. Geronowi, znakomitemu margrabiemu Geronowi oraz palatynowi Burchardowi, zalecił im, aby zachowali większe niż zazwyczaj środki ostrożności. Po pewnym czasie nieprzyjaciele ukryci w pobliskim lesie wznieśli potrójny okrzyk i zaraz potem rzucili się na nasze wojsko z łucznikami, którzy nadbiegli w zamieszaniu. Nasi dzielny stawiali opór przy pierwszym i drugim ataku i zabili wielu spośród nadbiegających. Lecz nieprzyjaciele nabrawszy otuchy na widok ucieczki niektórych spośród naszych, zwarli się i uderzywszy powtórnie rozpędzili wszystkich i wybili pojedynczo przy pomocy zdradzieckich strzał".