Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teksty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą teksty. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 listopada 2013

Litwacy czyli "dziel i rządź"


Mapa "stref osiedlenia".

Pomysł był iście diabelski. Pozbyć się niechcianej grupy, „podrzucając” ją przy okazji Polakom, aby rozpalić konflikty, które odciągnęłyby ich od „knucia” przeciwko imperium (albo przynajmniej ograniczyły ich aktywność w tej materii). Niestety, przynajmniej częściowo udało się …..
Strefy osiedlenia hamujące napływ polskich Żydów na ziemie imperium rosyjskich po raz pierwszy uchwaliła caryca Katarzyna II, która w grudniu 1791 roku wypędziła z Rosji wszystkich Żydów na ziemie zaboru polskiego. Dodatkowo zabroniono im tam osiedlania się w miastach. Ukaz częściowo cofnął Aleksander I, otwierając miasta na wschodniej Białorusi i Ukrainie dla bogatych kupców i wojskowych pochodzenia żydowskiego. Od 1862 roku w Królestwie Polskim Żydzi zyskali dzięki staraniom Aleksandra Wielopolskiego częściowe równouprawnienie. Trudno więc dziwić się, że gdy w 1868 roku zniesiono ograniczenia w przemieszczaniu się ludności żydowskiej między „kongresówką” i resztą imperium upośledzeni polityczni i społecznie rosyjscy Żydzi gremialnie ruszyli na zachód. Nasilenie tej migracji przyniosły zmiany w wewnętrznej polityce Rosji pod koniec stulecia. Gwałtowną eksplozję rosyjskiego antysemityzmu spowodował skuteczny zamach na cara Aleksandra II (13 marca 1881 r.). Chociaż dokonał go Polak Ignacy Hryniewiecki, to opinia publiczna oskarżyła o współudział Żydów. Doprowadziło to na początku lat 90-tych do wypędzenia do Żydów z Petersburga, Moskwy, północnej Białorusi i Litwy. Tym razem za granicę strefy osiedlenia uznano wschodnią granicę Królestwa Polskiego.
Żydów przesiedlonych w ten sposób na ziemie polskie nazywano powszechnie, choć cokolwiek nieprecyzyjnie, litwakami. Ich pierwsza fala liczyła około 70-tysięcy rodzin. Druga, jeszcze większa przybyła w latach 1905 – 1907 . W sumie było to ponad 600 tysięcy osób. Osiedlali się najchętniej we wielkich ośrodkach miejskich i przemysłowych (szczególnie Łódź i Warszawa).
O ile napływ litwaków miał pozytywny wpływ na gospodarkę Królestwa (było wśród nich wielu ludzi nowocześnie wykształconych i bogatych), to przyniósł fatalne skutki dla stosunków polsko – żydowskich. Litwacy w większości byli już zasymilowani do kultury rosyjskiej. Nie znali polskiego i posługiwali się rosyjskim (ew. litewskim jidysz). Nie utożsamiali się z kulturą i historią Rzeczypospolitej. Dzięki swojej liczebności oraz sile ekonomicznej (wynikającej po części ze znajomości języka rosyjskiego oraz rynków cesarstwa), z czasem praktycznie zdominowali liberalną część polskich Żydów. Przyczyniła się do tego również polityka carskiej administracji, aktywnie wspierającej zrusyfikowanych litwaków wobec asymilujących się „starych” Żydów.
Litwacy zwalczali podjęte przez polskich Żydów na początku XIX wieku dzieło asymilacji, odcinając się od polskich dążeń narodowych i propagując wśród szerokich mas żydowskich de facto prorosyjski separatyzm. Zrujnowali w ten sposób proces, który również dla nich samych mógł być wielką szansą. Tragicznym paradoksem tej historii jest to, że litwacy uciekając przez represyjnością oficjalnej polityki w rosyjskich guberniach imperium sami (świadomie lub nie, ale jednak) stali się jej narzędziem przeciwko Polakom. Zgodnie z dążeniami imperialnej administracji zadziałała stara jak historia cywilizacji zasada „dziel i rządź”. Polacy od początku traktowali litwaków niechętnie postrzegając, nie bez racji, jako narzędzie polityki rusyfikacyjnej. Osadnictwo rosyjskich Żydów mocno ograniczało polskie wpływy polityczne i gospodarcze, w oczywisty sposób osłabiając opór przeciwko zaborcy. Gdyby Polska istniała jako niezależne państwo na całości swoich ziem to litwaków zasymilowano by prędzej czy później. Mały rosyjski protektorat, jakim była „kongresówka”, po prostu nie miał potencjału, aby poradzić sobie z takim problemem. Dlatego duże skupiska ludności separującej się od polskich dążeń narodowych, a powstające na ziemiach polskich jako skutek imperialnej polityki, były iskrą rozpalającą konflikty, które dotąd tliły się gdzieś na politycznym marginesie. Skutki były fatalne, a ich dziedzictwo wlecze się za nami do tej pory.
Litwackie osadnictwo rozpaliło również konflikt między samymi Żydami. Przede wszystkim negatywnie przyjęli ich żydowscy ortodoksi. Kiedy w odrodzonej Polsce ponownie znalazły się społeczności małopolskich chasydów wybuchła niemal wojna religijna między obiema społecznościami („Wilno vs Ukraina”). Chasydzi nazywali litwaków „szajgecami” (co w tym kontekście oznaczało „nierozsądnych młodzieńców”) zarzucając ich religijności intelektualny scholastycyzm. Z kolei wykształceni litwacy odpłacali „ciemnym” chasydom pogardą, oskarżając ich o prymitywizm i zabobony. Zajadłość tego sporu była taka, że obie strony nie potrafiły porozumieć się aż do tragicznego końca. Opozycją wobec litwaków byli również Żydzi „reformowani”, postrzegający swoich zrusyfikowanych pobratymców jako konkurencję gospodarczą i przeciwników w dążeniu do asymilacji i związania polskich Żydów z polskimi ruchami niepodległościowymi.
Konflikty rozpętane przez osadnictwo litwaków to tylko jeden z długiej listy fatalnych skutków utraty własnej państwowości i zaborów. Z ich dziedzictwem nigdy nie poradziła sobie II Rzeczpospolita, jako państwo zbyt słabe ekonomicznie, politycznie, a ponad wszystko zbyt krótko istniejące. Wszystko zakończyła tragedia II wojny światowej.

piątek, 11 maja 2012

Wygraliśmy czy przegraliśmy?


Główna baza niemieckiej floty w Wilhelmshaven kapituluje 
przed polską 1 Dywizją Pancerną.


Wygraliśmy czy przegraliśmy?
 
Minęła kolejna rocznica zakończenia II Wojny Światowej, a wraz z nią kolejny odcinek niekończącej się dyskusji „Czy wygraliśmy tamtą wojnę, czy wręcz przeciwnie?”. Rzetelna odpowiedź na to pytanie wbrew pozorom nie jest prosta. 
Ze światowego konfliktu wyszliśmy z ogromnymi stratami ludzkimi. Najgorsze były skutki celowej eksterminacji polskiej inteligencji.  Wszyscy pamiętamy o zbrodni katyńskiej, w której zginęło ponad dwadzieścia tysięcy polskich oficerów. Znacznie gorzej jest ostatnio z naszą pamięcią o zbrodniach niemieckich (np. Akcja Inteligencja), które przyniosły kilkakrotnie więcej ofiar wśród naszych elit. Polski przemysł został w przeważającej części zniszczony lub rozkradziony. Kompletnie zdewastowano infrastrukturę. Ogromne były straty w dobrach kultury. Zorganizowany przez Niemców na wielką skalę złodziejski proceder spowodował zagarnięcie dziesiątek tysięcy obiektów zabytkowych (z których wiele nie odzyskaliśmy do tej pory). Przez celową działalność armii niemieckiej ponieśliśmy ogromne, i nieodwracalne szkody w zabytkowych zbiorach naszych archiwów i bibliotek. W zniszczonej Warszawie legły w gruzach dziesiątki bezcennych zabytków. Na skutek rozstrzygnięć wielkich mocarstw straciliśmy ponad połowę kraju z ośrodkami miejskimi od wieków wpisanymi w naszą historię i kulturę. Wylądowaliśmy też w radzieckiej strefie wpływów, co odebrało nam suwerenność, a także szanse na normalną egzystencję i rozwój. Czy w takim razie w naszym drugowojennym bilansie były jakieś plusy? Bezwzględnie tak.
Przede wszystkim przetrwaliśmy, a mogło być przecież znacznie gorzej. Sowieci zafundowali nam faktyczny podbój i de facto los klasycznego kondominium. To bezdyskusyjne fakty. Co jednak czekałoby nas w razie zwycięstwa Niemców? Ich deklaracje i działania nie zostawiały  żadnych złudzeń w tej materii. Polakom przeznaczona była totalna eksterminacja. W niemieckich planach miało pozostać co najwyżej kilkanaście milionów niewolników bez
wykształcenia, którzy przed całkowitym wymarciem mieli służyć swoim niemieckim panom. Nie było w tych założeniach miejsca na niemiecką wersję PRL-u z jego względną autonomią. W perspektywie kilku dekad naturalnym skutkiem takie polityki byłoby po prostu definitywne, biologiczne zniszczenie Polaków, naszej państwowości i kultury. Zwycięstwo Aliantów bezdyskusyjnie uratowało nas przed tym scenariuszem.
Co do strat terytorialnych – emocjonalnie nic nie zrekompensuje Wilna czy Lwowa. Nie da się jednak nie zauważyć, że w zamian otrzymaliśmy szeroki dostęp do morza (o fundamentalnym znaczeniu dla naszej gospodarki) ze Szczecinem i ujściem Odry, dobrze rozwinięty, choć w zachodniej części mocno zdewastowany, Śląsk i nieźle zagospodarowane Prusy Wschodnie. Uzyskaliśmy też zwarte i dobrze osłonięte granice. Można tylko żałować, że przypadł nam jeszcze Królewiec. Z której strony by nie patrzeć, to jednak ewidentny zysk. Kosztem Niemców? Bezapelacyjnie, ale to w końcu oni ponoszą pełną odpowiedzial
ność za rozpętanie i skutki tamtej wojny. W sytuacji którą nie my wykreowaliśmy zajęcie niemieckich ziem wschodnich było dla nas po prostu kwestią przetrwania. 
Reasumując – wyszliśmy z tamtej wojny bardzo mocno poobijani, ale jednak uniknęliśmy najczarniejszego scenariusza. Za cenę tragedii, jaką był okres stalinowski, mimo wszystko przetrwaliśmy, zachowując przynajmniej szansę na przyszłość. Dlatego w każdy następny Dzień Zwycięstwa pamiętajmy jednak o jego bohaterach, bez których dzisiaj po prostu by nas nie było.

wtorek, 1 maja 2012

Skąd wzięła się biało - czerwona?

FLAGA PAŃSTWA Z GODŁEM RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ.

 
Skąd wzięła się biało -  czerwona?
Święto Flagi (2 maja) ściśle łączy się ze świętem Konstytucji 3 Maja. To właśnie 3 Maja 1792 roku, w pierwszą rocznicę uchwalenia pierwszej polskiej konstytucji po raz pierwszy uznano białą i czerwoną za barwy narodowe. Damy wystąpiły w białych sukniach przepasanych czerwonymi szarfami, a panowie zakładali szarfy biało – czerwone. Pierwszą regulacją prawną barw polskiej flagi była uchwała Sejmu Królestwa Polskiego z 7 lutego 1831 r.  Na wniosek posła Walentego Zwierkowskiego, wiceprezesa Towarzystwa Patriotycznego przyjęto wówczas flagę biało – czerwoną, jako kompromis między propozycją konserwatystów (którzy chcieli flagi białej) i biało – czerwono – szafirową szarfą Konfederacji Barskiej (proponowanej przez Towarzystwo Patriotyczne.
„Izba Senatorska i Izba Poselska po wysłuchaniu Wniosków Komisji Sejmowych, zważywszy potrzebę nadania jednostajnej oznaki, pod którą winni się łączyć Polacy, postanowiły i stanowią:

Artykuł 1.
Kokardę Narodową stanowić będą kolory herbu Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego, to jest kolor biały z czerwonym.

Artykuł 2.
Wszyscy Polacy, a mianowicie Wojsko Polskie te kolory nosić mają w miejscu gdzie takowe oznaki dotąd noszonymi były.
Przyjęto na posiedzeniu Izby Poselskiej dnia 7 lutego 1831 roku”.

Od tego dnia oficjalnie mamy naszą biało – czerwoną. 1 sierpnia 1919 roku sprecyzowano jeszcze układ barw na polskiej fladze. "Za barwy Rzeczypospolitej Polskiej uznaje się kolor biały i czerwony w podłużnych pasach równoległych, z których górny – biały, dolny zaś – czerwony."
Warto również wiedzieć, jakie znaczenie w heraldyce mają akurat takie kolory. Biały symbolizuje czystość i niepokalanie. W rysunkach heraldycznych zastępuje także srebro. Czerwony z kolei jest symbolem odwagi, waleczności i ognia.
Pora teraz odpowiedzieć sobie na tytułowe pytanie – skąd takie a nie inne barwy na polskiej fladze? Z heraldyki Królestwa Polskiego. To bezpośrednie nawiązanie do godła polskich królów – białego orła na czerwonym tle. Po raz pierwszy przyjął go w 1295 roku Przemysław II. Zarówno orzeł jak i sama tarcza zmieniały się przez wieki. Obecny kształt polskiego orła opracował w 1927 roku prof. Zygmunt Kamiński wzorując się na godle z czasów Stefana Batorego.

czwartek, 12 stycznia 2012

Haniebny koniec targowickiej zdrady ...

Biskup inflancki  Józef Kazimierz Kossakowski, 
przywódca konfederacji targowickiej na Litwie.

Haniebny koniec targowickiej zdrady ...

Przywódców konfederacji targowickiej spotkały surowy osąd, a w większości również adekwatna do niego kara.  Hetman wielki litewski Szymon Kossakowski został aresztowany 24 marca 1794 roku w Wilnie. Sąd kryminalny skazał go na śmierć przez powieszenie. Wyrok wykonano 25 kwietnia na placu przed wileńskim ratuszem.  Świadkowie zanotowali, że Kossakowski ubrany był w żółty szlafrok. Kiedy sznur zaciskał się na szyi zdrajcy zaczęły bić dzwony kościoła Św. Kazimierza, a tłum wiwatował „Niech żyje Rzeczpospolita!”.   Jeszcze w trakcie trwania konfederacji anonimowy autor napisał „Nagrobek Szymonowi Kossakowskiemu”:

„Przechodniu! Wstrzymay twe modły, BOG ie za Prawych odbiera;
Jam Oyczyzny zdrayca podły- Jak kto żyie, tak umiera.
Straciłem życie i sławę, Niż pierwsze ostatnie wprzodu;
Sam sobie dałem Buławę, Stryczek był z Woli Narodu.
Śmierć mą nie głosiły Dzwony, Wyrok słuszny dni mych przerwą,
Jam tu został powieszony, I tu moje ginie ścierwo”.

Brat Szymona, biskup inflancko-pityński, Józef Kazimierz Kossakowski został z wyroku Sądu Kryminalnego Księstwa Mazowieckiego powieszony w publicznej egzekucji na Rynku Starego Miasta w Warszawie 9 maja 1794 r. Razem z nim stracono hetmana wielkiego koronnego Piotra Ożarowskiego. W czasie procesu: "Pytano go się, czyli on podpisał rozbiór kraju. Na to Ożarowski odpowiedział, że podpisał. Czyli on za to wziął pieniądze? Odpowiedział, że wziął i jeszcze bierze. Pytanie: czyli on wydał wojsku polskiemu ordynanse na łączenie się z Moskalami i na bicie Polaków? Przyznał, że to on wydał (...)". W tej samej egzekucji powieszono jeszcze hetmana polnego  litewskiego Józefa Zabiełłę, oraz  marszałka Rady Nieustającej Józefa Ankwicza.  Marszałek wedle świadków publicznie uznał słuszność wyroku i w odróżnieniu od pozostałych targowiczan jako jedyny zachowywał się godnie pod szubienicą.
28 czerwca 1794 r. zginął w Warszawie biskup wileński Ignacy Jakub Massalski. Aresztowany na rozkaz Tadeusza Kościuszki został wywleczony z więzienia przez wzburzony tłum i powieszony bez sądu na konopnym lejcu. To samo spotkało tego dnia również byłego marszałka konfederacji targowickiej Antoniego Czetwertyńskiego, dyplomatę Karola Boscampa – Lasopolskiego, szambelana Stefana Grabowskiego, instygatora królewskiego Mateusza Roguskiego, instygatora sądów kryminalnych Józefa Majewskiego, oraz rosyjskiego szpiega Marcelego Piętkę. Razem z nimi zginął adwokat Michał Wulfers, najprawdopodobniej niesłusznie aresztowany i oskarżony o kontakty ze zdrajcami.
Sąd Najwyższy Kryminalny skazał: generała artylerii koronnej i marszałka konfederacji targowickiej Stanisława Szczęsnego Potockiego, hetmana wielkiego koronnego Franciszka Ksawerego Branickiego, hetmana polnego koronnego Seweryna Rzewuskiego, szambelana królewskiego Jerzego Wielhorskiego, posła podolskiego i komendanta Kamieńca Podolskiego Antoniego Polikarpa Złotnickiego, posła Racławskiego Adama Moszczeńskiego, posła wołyńskiego Jana Zagórskiego, oraz posła gnieźnieńskiego Jana Suchorzewskiego na karę  śmierci przez powieszenie, utratę wszystkich urzędów, wieczną infamię, i konfiskatę majątków. Wyrok wykonano „In affigie” 29 września 1794 roku wieszając obrazy wymienionych zdrajców (pozostających wówczas na emigracji lub pod opieką wojsk rosyjskich).


   Wieszanie portretów zdrajców. Mal. Jan Piotr Norblin.

piątek, 16 grudnia 2011

Staropolski Nowy Rok.

Rys. Antoni Uniejowski
(pocztówka z lat 60-tych).


Nowy Rok - łączył się w dawnej Polsce z winszowaniem i kolędą. W tamtych czasach człowiek żył znacznie bliżej drugiego człowieka, więc „wiedziano w ogóle komu czego życzyć, więc umysł i grzeczność, cześć lub wdzięczność, serce i afekt sąsiedzki, siliły się na dowcip”. W miastach na Nowy Rok „chodziła” przede wszystkim młodzież szkolna. Żaczkowie składali rodzicom i nauczycielom powinszowania prozą lub rymem, po polsku lub po łacinie. Ponieważ dawniej szkoły często bywały przy klasztorach, bywało wiele ubogich dzieci, które uczono tam bezpłatnie, a „poczciwi ludzie żywili”. Wyrobił się więc ten zwyczaj, że ci uczniowie przychodzili codziennie z własnymi garnuszkami po obiad lub wieczerzę. Na Nowy Rok zebrawszy się w gromadki, obchodzili wszystkie domy i starali się zaśpiewać coś takiego, co by domownik rozbawiło i rozśmieszyło. Obyczaj noworocznego kolędowania wraz z rozwojem oświaty przejęła także młodzież wiejska. Ostatni wieczór starego roku w wielu regionach Polski zwano popularnie „szczodrym” (na Rusi mawiano „bohaty weczer”). Na wsiach młodzi kolędowali tego dnia poprzebierani za cyganów, dziadów, zwierzęta. Obchodzono całą wieś i zbierano podarki winszując pomyślności w Nowym Roku. Zwano tą kolędę chodzenie po szczodrakach, szczodrówkach lub „za nowym latkiem”. Na koniec wracano w umówione miejsce , w którym jedna z dziewcząt, obrana gospodynią, przy pomocy innych sporządzała ucztę. Bawiono się po tym do późnej nocy.
Jak pisze Zygmunt Gloger „Nowy Rok powinien zastać bochen chleba na stole gospodarza, jako znak obfitości tego daru bożego, który przez cały rok nie powinien schodzić z tego stołu, ale wraz z solą i białym ręcznikiem służyć do powitania dla gościa i ubogiego”. Przy pierwszym powitaniu w Nowy Rok obsypywano się owsem na znak pożądanej obfitości wszelakiego ziarna. Ci, którzy obchodzili z powinszowaniami sąsiadów mieli owies w rękawicy i na każdy róg stołu sypali jego szczyptę, aby tak wszystkie rogi były założone chlebem.
„Jest też powszechny w Polsce zwyczaj żartobliwego kradzenia sobie różnych rzeczy w ten wieczór (Wigilię Nowego Roku) i wykupywania takowych nazajutrz. Za wykupne młodzież wyprawia biesiadę w dniu noworocznym. Mówią, że aby rok nowy był pomyślny, trzeba nazdobywać cudzych rzeczy, zakańczając rok stary. Zwyczaj ten powszechny niegdyś wśród możnej szlachty, licznych krotochwil był powodem”. Zdaniem Glogera zwyczaje te świadczą iż „…w całym narodzie przechowywała się jakaś przedwiekowa tradycja słowiańska o dobrej wróżbie na rok nowy, gdy jego przedświt zastaje dom napełniony zdobyczą. Dochowany zwyczaj ludu jest tylko echem tej tradycji”.
Jak owe noworoczne „łupiestwo” wyglądało w praktyce? Przy toczę za Glogerem historię spisaną przez tegoż z XVIII - wiecznej kroniki drohiczyńskiego franciszkanina księdza Karola Żery. Jest to wspomnienie pani Kryńskiej, burgrabiny drohickiej z Laszczki. „Było nas u rodziców 2 sióstr pannami. W blikiem sąsiedztwie mieszkał kawaler, który miał konia drogiego. Raz w Nowy Rok pojechałyśmy z naszą panią matką do niego kulikiem, a chcąc zażartować przy Nowy Roku wzięłyśmy ze sobą naszego masztalerza. Dałyśmy mu kilka złotych dla stajennego tego sąsiada, aby konia wydał naszemu masztalerzowi a po wyjeździe poszedł do pana swego i o psocie naszej opowiedział. Pożegnawszy się wracamy w ukontentowaniu, że się wszystko dobrze udało. Mróz był trzaskający i od świecącego miesiąca widno było jak w dzień. Wyjeżdżamy z lasu, aż tu widzimy blisko drogi gromadę wilków, którzy ustąpić się nie chcą. Masztalerz na podjezdku prowadził wierzchowca na powodzie, który, że był żartki i płochliwy, więc zoczywszy wilków wyrwał się z ręki masztalerzowi. Bestje rzuciły się gromadą, napierając biedaka w cigęć leśną, gdzie udusiły go na naszych oczach. Powróciłyśmy do domu zaszlochane i jakby umarłe, nie śmiejąc opowiedzieć ojcu co się stało. Otóż nam żarty! Przyjeżdża potem ów kawaler w kilka dni, jakby nic. Rodzic nasz zaczyna przepraszać go za pustotę panieńską, a my słysząc to drżymy jak liście klonowe. Skończyło się ….. na błogosławieństwie rodzicielskiem i weselu”. I tak to noworoczny żart i wilcy hulający po gościńcu do zaślubin wszystko przywiedli. Eh, gdzie te czasy …………….

środa, 21 września 2011

Ślązacy w bitwie pod Grunwaldem.

Herb Księstwa Opawskiego

W bitwie pod Grunwaldem Ślązacy walczyli w obu armiach. Feudalny senior książąt śląskich, król Czech Wacław IV, dał im wolną rękę w wyborze strony konfliktu. Za koalicją polsko - litewską opowiedzieli się: Jan z Raciborza, Bolko z Cieszyna, Wacław z Opawy, Bernard z Niemodlina i Wacław z Krosna. Ich poczty włączono do zaciężnej chorągwi czesko - morawskiej, oraz do chorągwi Ziemi Wieluńskiej. W walce sprawili się bardzo dobrze (w odróżnieniu od Czechów), i do końca utrzymali swoje miejsce w szyku. Inni Ślązacy, razem z księciem oleśnickim Konradem VII Białym, dołączyli do Krzyżaków. Książę  Konrad urodził się około 1390 roku (według niektórych źródeł w 1396 roku) jako syn Konrada III Starego. W dzieciństwie przebywał kilka lat na dworze królewskim w Krakowie jako paź Anny Cylejskiej (druga żona Władysława Jagiełły). Wojskową edukację odebrał u Krzyżaków w Malborku. W 1410 roku wbrew woli ojca opowiedział się po stronie krzyżackiej. Wielki mistrz powierzył Konradowi zaciąg ochotników ze Śląska oraz z Czech. Za każdą rycerską kopię (rycerz z pocztem) Malbork płacił 23 dukaty. Dla dolnośląskich rycerzy taka suma była niebagatelną zachętą – tym bardziej, że z krzyżackim żołdem łączyła się  nadzieja na bogate łupy. Zapewne z tych samych powodów cztery lata później walczyli razem z Konradem Białym u boku Władysława Jagiełły – za polski żołd, łupy na Krzyżakach, a przy okazji zgodnie z polityką własnego suwerena (król czeski tym razem otwarcie opowiedział się za Polakami). Pod Grunwaldem śląska chorągiew Konrada Białego była czwartą co do wielkości w wojsku krzyżackim. Ustawiono ją najprawdopodobniej w drugiej linii i do walki weszła w decydującej fazie bitwy. Chociaż liczna (ponad 200 kopii) i „dobrze okryta”, chorągiew księcia Konrada nie popisała się niczym szczególnym. Również sam Konrad nie błysnął jakąś szczególną walecznością. Kiedy armia krzyżacka poszła w rozsypkę, wykorzystał pierwszą okazję do złożenia broni. Młodego Piasta pojmał Jost z Salcu, czeski rycerz walczący po polskiej stronie. Jagiełło potraktował Konrada łaskawie. Z okupu praktyczny Litwin jednak nie zrezygnował. Za uwolnienie Konrada Oleśnickiego oraz Kazimierza Słupskiego zażądał ogromnej jak na owe czasy sumy 100 tysięcy kop groszy praskich. Książę przebywał w polskiej niewoli (oczywiście w bardzo dobrych warunkach) prawie rok. Okup przekazał w czerwcu 1411 roku jego starszy brat Konrad V. Jan Długosz tak opisał pruską wyprawę księcia Konrada: „Chorągiew Konrada Białego, księcia oleśnickiego ze Śląska, którą osobiście prowadził sam książę Konrad z ludzi własnych; pod nią służyli rycerze jego właśni z księstwa wrocławskiego i Śląska. I sam książę Konrad został pojmany i pozbawiony zarówno chorągwi, jak całej swej fortuny, ale wypuszczony został na wolność z łaskawości Władysława króla polskiego. Trzeba zaś wiedzieć, że ze wszystkich książąt śląskich czy też polskich nikt prócz tego Konrada oleśnickiego i Kazimierza, księcia słupskiego, czyli szczecińskiego nie przeszedł na stronę mistrza i Zakonu krzyżackiego z wieczną ich hańbą i wstydem, iż własną mowę i własną ojczyznę, wspierając wrogów chcieli rozszarpać i zniszczyć. Obu jednak oraz ich pojmanym rycerzom król Władysław przebaczył”.
Rycerze księcia Konrada na polach grunwaldzkich zamiast sławy i łupów znaleźli tylko wstyd, upokorzenie, a niejeden materialną ruinę, kiedy przyszło płacić Polakom pieniądze za wykupienie z niewoli. Straty osobowe śląskiej chorągwi raczej nie były wielkie. Wprawdzie sławni polscy przedchorągiewni (wyborowi rycerze stojący w szyku chorągwi przed jej znakiem) okazali się tego dnia mistrzami nie do pokonania, ale w ostatniej fazie bitwy Polacy atakowali przede wszystkim oddziały zakonne, dając gościom i najemnikom szansę bezpiecznej kapitulacji. Po bitwie grunwaldzkiej Konrad Biały zmienił stronę, stając się nie tyle sojusznikiem, ile wręcz najemnikiem Jagiełły, oraz filarem projagiellońskiego stronnictwa na Śląsku. Wsparł polskiego króla przeciwko Krzyżakom w 1414 roku razem z Konradem V i siedmioma innymi Piastami śląskimi. Później jeszcze kilkakrotnie przechodzili ze strony na stronę, raz występując razem z Krzyżakami przeciwko Jagielle, innym razem przepraszając go niemal na kolanach za nieprzyjazne gesty. Konrad Biały walczył później z husytami, a pod koniec życia utracił władzę nad księstwem na rzecz swoich bratanków. Zmarł w 1452 roku we Wrocławiu.

Bibliografia:
M. Czapliński, E. Kaszuba, G. Wąs, R.Żerelik, Historia Śląska , Wrocław 2002,
K. Jasiński, Rodowód Piastów śląskich, Kraków 2007,
E. Potkowski, Grunwald 1410, Kraków 1994,
A. Nadolski, Grunwald 1410, Warszawa 2003.


sobota, 17 września 2011

"Obłapiam i całuję milion razy" - Listy Jana III Sobieskiego do królowej Marysieńki.

 
 
Fragment z 17 sierpnia 1651 r.
"Gdybyś wiedzieć, moje serce, albo imaginować mogła, co się ze. mną dzieje, i jako myślę o tobie, i że jednej nie opuszczam minuty, musiałabyś się sto razy we mnie kochać bardziej: bo gdyby tak choć trzecią część czasu darować P. Bogu, nie było [by] świętszego nade mnie człowieka. Wierz temu tak, moja duszo, jako ewangelii i jako największej przysiędze, i żebym pewnie, po wczorajszym się usprawiedliwieniu Częstochową, nadaremno na świadectwo Bożego nie brał imienia, który mię niech skaże tego momentu, jeśli inaczej piszę i myślę. Niechże mi się tedy wzajemnie nagradza od ciebie, moja najśliczniejsza dobrodziejko! Cudowna rzecz to, moja panno, że mi się to ni o czym myśleć nie chce, jeno o tobie, i gdybyś ty tu była, moje serce, wszystkie by tu lepiej mogły pójść rzeczy, boby mi się na wieki obóz nie uprzykrzył, a ta włóczęga za największe byłaby u mnie delicje; ale bez ciebie, moja duszo, nie tylko zażyć czego, ale i żyć się przykrzy. Więcej o tym już i pisać z żalu nie mogę, bom jest najnieszczęśliwszym człowiekiem na świecie, nie zażywając tego, co mi Bóg tak cudownym dał sposobem, a wiek, dni, godziny mijają, które najdroższymi u mnie nie są nagrodzone skarbami. Adieu, królewno serca mego. Całuję nóżeczki, rączeczki i muszeczkę milion razy, bez której kawaler bardzo nos zwiesił. Z muszką co się dzieje, wzajemnie oznajmić".