niedziela, 2 października 2011

Staropolskie gry i zabawy - drużbat (A. Gloger).

Drużbart (Encyklopedia Staropolska Z. Glogera).
Gra w karty polskie, powszechna w wieku XVIII. W pierwszej połowie wieku XIX była już tylko grą niższych klas lub dzieci. Łuk. Gołębiowski tak ją opisuje w dziele swojem „Gry i zabawy” (Warszawa, 1831): Niema tu kozery i kolory tylko idą starszeństwem raz oznaczonem stale, najmłodszy dzwonkowy, dalej czerwienny, winny, żołędny. Wszystkie karty rozdają się czterem osobom. Matedorami są od góry na dół licząc: „dola” – szóstka winna, „drużbart”, król czerwienny, wyżej opisaną koleją maści, dziewiątki, z których żołędna „starką” się zowie, tuze, wyżniki, niżniki i szóstki. Siódemki nie mogą być bite, tylko się na nie odrzuca, do czego służą inne ósemki, prócz „doli”, króle i kralki żadnej wartości w tej grze nie mające. Rysuje się na początku gry figura (rodzaj krzyża z linii równoległych). Osoby, które siedzą naprzeciwko siebie, wspólnie składają lewy, ci, którzy więcej zrobili, mażą jedną kreskę, gdy pierwsze cztery zrobią, mażą dwie kreski. Kto pierwszy swoje zmazał, przeciwnikom tyle pałek pisze, ile im znaków pozostało. Koniecznie tu bić należy kartę wyższą, jeśli więc zadano ci „starkę”, albo inną dziewiątkę, a nie mając starszej, położysz „drużbarta” i wezmą go „dolą”, z obcej strony malują ci „okulary”, gdy własny gracz drużbarta zabić przymuszony, dostajesz „nożyczki”. Jeśli wszystkie wam lewy zabrano, „biczyk” obu graczom się kreśli, gdy przeciwnicy 5 kresek zmazali, a wy żadnej, macie „kota”, gdy jedna wam tylko ubyła kreska, wtenczas macie „rożen”. Ta rozmaitość wypadków zajmuje grających, jednych smuci, drugich uszczęśliwia

Stosunki narodowościowe w Polsce XVI wieku - część I (A. Brückner).

Kardynał Stanisław Hozjusz.

Stosunki narodowościowe w Polsce XVI wieku. 
Dzieje kultury polskiej (A. Brückner).

W nowy wiek wstąpiła Polska jako państwo potężne i naród jednolity, bo pięciowiekowe trudy wydały upragniony owoc; z luźnych szczepów, spojonych bliskością siedzib, jednością bytu życiowego, tożsamością języka, stworzyli Piastowie całość organiczną, która mimo średniowiecznej decentralizacji i jej śladów niestartych poczuwała się do jedności moralnej i materialnej, mimo różnic szczepowych; do pełnej swobody w kierowaniu swoimi losami mimo otaczających zewsząd wrogów; do wytykania sobie dalekich celów mimo warunków niekorzystnych, granic otwartych, nierychłego pogotowia wojennego, marnej skarbowości — spółrzędna największym mocarstwom europejskim, przedmurze Zachodu.
W Polsce rdzennej wrócono już do jednolitości narodowej, zachwianej poniekąd napływem niemieckim; obcy żywioł strawiono zupełnie po wsiach i miasteczkach, niezupełnie na Podgórzu (w Bieczu), nad granicą marchijską, w Krakowie i Poznaniu, Lwowie i Wilnie, dokąd handel ożywiony, widoki korzystne, związki pokrewieństwa zwabiały nowych przybyszów, wzmacniając dawnych. Ale Niemcy uczyli się pilnie po polsku, nazwiska ich już nic nie mówiły: gdy rada lwowska Benedykta Herbesta na mistrza swej szkoły powołała, musiała mu dobrać, mimo jego niemieckiego nazwiska, osobnego podmistrza dla niemczyzny, a Hose (Hozjusz) i Kromer z Niemców byli świecznikami duchowieństwa polskiego. Niemców rozproszonych po kraju łatwo strawiono; nierównie większym i trudniejszym zadaniem była asymilacja żywiołu ruskiego; litewski dla drobnej liczby wcale nie ważył. Od półtora wieku ziemia czerwonoruska była przyłączona do Korony; od wieku zadzierzgnęły się węzły z Rusią litewską, lecz szerzyła się polszczyzna tu i tam w bardzo nierównej mierze. W Koronie stawała oporem — czego wobec Niemców nie było — wiara odgraniczająca narodowości nierównie silniej niż język, ale przepaść dzieląca doły malała znacznie ku górze. Ruskie porządki ustąpiły polskim w administracji i sądownictwie; masowo ciągnęła szlachta polska na wschód; nadaniami królewskimi i ożenkami zdobywała ziemię, a za nią szedł chłop na wieś i rzemieślnik do miasta; silną nogą stanął katolicyzm szczególniej we Lwowie i zaczęła się polonizacja kraju, rychła i skuteczna w mieście i śród dawnych bojarów, powolna i chwiejna na wsi, dokąd chyba z dworku szlacheckiego polszczyzna przenikała, gdy kolonista Polak w ruskim otoczeniu raczej się wynaradawiał, szczególniej jeśli brakło kościołów dla jego potrzeb duchownych. Całkiem inaczej było na Rusi-Litwie. Tu właśnie polski żywioł wielkopański i szlachecki był wykluczony; nie było ani nadań królewskich, ani ożenków, ale za. księdzem i za bernardynem zjawiał się po miastach i rzemieślnik polski, a mieszczaństwo niemieckie, acz obce, ale katolickie, nie miało wyboru, polszczało. Za to szedł tu od dworu królewskiego wpływ olbrzymi. Ten dwór katolicki i polski nie wykluczał wprawdzie Rusi-Litwy, ale rozsiewał tylko polszczyznę; w otoczeniu królewskim dawni bojarzy, teraz panowie rada, przejmowali się mimo woli dworskim, tj. polskim obyczajem, strojem, językiem; mówili i pisali z urzędu po rusku (język litewski tylko na wsi istniał, nie było go ani w sądzie i w urzędzie, ani w kościele i szkole), ale już zaczynała ruszczyzna z dworu wielkopańskiego za wzorem królewskiego ustępować; na zjazdach w Parczowie, a później i we własnej radzie, wobec króla szczególnie, odzywali się Radziwiłłowie, Ostrogscy, Chodkiewicze po polsku, a to szerzyło się od nich coraz dalej. Co nauki pragnęło, szło do Krakowa albo do Niemiec; tylko pop i czerniec, Rusin (Litwinem przezywany, chociaż nic z nim nigdy nie miał wspólnego, ani języka, ani wiary) z miasta i wsi stali przy wierze, trybie i mowie ojców. Z każdym dziesiątkiem lat przybywało tej polonizacji wśród szlachty; bratała się szlachta z polską to przeciw własnym wielmożom, to dla niebezpieczeństwa moskiewskiego. I katolicyzm, równoznaczny z polonizacją, brał górę wobec opłakanego położenia cerkwi ruskiej bez nauki, bez autorytetu, bez równouprawnienia z „rzymską”. Powoli zaczynali panowie rzucać prawosławie, przechodzić na katolicyzm, bo myśl o unii z Rzymem — z zachowaniem języka i obrzędów w cerkwi — która odżyła w XV wieku, zamarła zupełnie w XVI; dopiero przy końcu wieku wznowiły ją inne czynniki. Pstra karta etnograficzna Polski zbogacała się o nowy jeszcze element: coraz liczniej napływali Ormianie do Kut i Lwowa, ożywiając handel wschodni, bogacąc siebie i miasto, żyjąc pod swoim prawem i w swoim kościele osobnym. Tatarzy na Litwie, jeńcy i zbiegi, trzymali się opornie, wiary im nie tykano, ale w mowie ruszczyli się powoli, rozjeżdżali wiele po kraju jako furmani; dopiero przy końcu wieku i na początku XVII wieku wyłoniła się polemika (po polsku) o ich przywileje osobliwsze, które ich niby z szlachtą rdzenną równały. Zjawili się i Cyganie i zaprzątali konstytucje sejmowe. O Żydach zob. niżej.
Poza politycznymi granicami utrzymywał się żywioł polski na Śląsku. Górny Śląsk był cały polski, chociaż szlachta i mieszczanie niemczyzną (rodową albo przejętą) przesiąkali; granica etnograficzna nie zmieniała się; tracono chyba polskie placówki rozproszone, sięgające aż poza Wrocław. Lud zachował nieskażoną polszczyznę piastowską, tylko naleciałości niemieckich, a szczególnie czeskich zjawiło się tu więcej niż w Polsce (język czeski był urzędowym w kraju, gdzie Czechów nie było), a sięgało to w Oświęcimskie i Zatorskie; Polacy rodem z tych okolic, np. tłumacz sentencji Terencjuszowych (z r. 1545), używali czechizmów, jak dvacet (dwadzieścia) itp., rugowanych dopiero we dwu późniejszych wydaniach. Lud był pozostawiony samemu sobie, dopiero w XVII wieku zajął się nim bardziej zbór luterski; przynależność diecezji wrocławskiej do prowincji gnieźnieńskiej nie była zerwana, lecz raczej już tylko formalna. Za to ciążyła inteligencja 'miejska i szlachecka ku Krakowowi; jego uniwersytet był niemal krajowy, śląski; liczba mistrzów śląskich była znaczna; jeden z ostatnich znakomitszych to grecysta krakowski Andrzej Schonaeus z Głogowy, wielbiciel Sokołowskiego; szczególniej początek wieku obfitował w wybitnych Ślązaków-humanistów, uczniów krakowskich, którzy i we Wrocławiu nie zrywali węzłów z „Sarmacją”, która im nauką i dostatkami imponowała, na której wzór oni by swoją ojczyznę kształtowali (Wawrzyniec Corvinus z swoją Kosmografią 1496 roku otwierał ten długi szereg); w połowie wieku Adam Schroeter z Nysy sławił Wieliczką i Niemen. Drukarze krakowscy niemal wszyscy Ślązacy i Ślązaków zatrudniali, np. Fr. Mimera, lecz tegoż wiersze polskie silnie germanizmami trąciły. We Wrocławiu był żywioł polski bynajmniej nie nikły; pod nazwami łacińskimi ukrywa się niejeden Polak, np. fizyk miejski Matthias Auctus jest Maciejem Przybyłą, rektor szkoły Marii Magdaleny Jan Rullus jest krakowianinem (obaj znani z zażyłości z Modrzewskim); łacinnik Modrzewski przesyłał swoje główne dzieło kupcowi wrocławskiemu Danielowi Schilingowi (rodzina dobrze i w. Poznaniu znana) z dedykacją polską. Książęta i szlachta odwiedzali chętnie wielką dawną ojczyznę; świadkiem tej zażyłości Henryk IX, książę legnicki, i Memorialbuch jego marszałka dworu Hansa von Schweinichen, obfitujący w „popojki” z szlachtą polską.

Galeria Powstań Śląskich - cz. VII.

Samochód pancerny "Powstaniec" prezentowany w 15 rocznicę III Powstania. 
Fotografia ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego.

15 rocznica III Powstania - msza przed Urzędem Wojewódzkim w Katowicach. 
Fotografia ze zbiorów Narodowego Archiwum Cyfrowego.

III Powstanie Śląskie - artyleria powstańcza pod Sławęcicami.
 
III Powstanie Śląskie - grupa powstańców nad Olzą.

sobota, 1 października 2011

Bitwa z Tatarami pod Kleckiem 5 sierpnia 1506 r.

Bitwa pod Kleckiem. Fragment ryciny z epoki.

Na początku 1506 roku, mimo toczących się rozmów na temat antymoskiewskiego sojuszu, chan Krymu Mengli I Girej zdecydował się zaatakować unię polsko – litewską. Tatarzy wystawili dwie armie. Jedna uderzyła na Małopolskę, druga na Wielkie Księstwo Litewskie, dochodząc aż na tereny obecnej Białorusi. Pod koniec maja na Litwę uderzyła jeszcze jedna armia. Tworzyło ją ok. 5 tysięcy wojowników, dowodzonych przez synów chana: Burnasza i Fethiego. Po przejściu na prawy brzeg Dniepru oddziały te przez Brahiń i Mozyrz dotarły do Petrykowa. Przeprawiły się tam przez Prypeć, po czym ruszyły na Słuck. 20 lipca Tatarzy po przejściu prawie 1800 km dotarli do spalonego w 1504 roku Klecka. Założyli tam swoją bazę operacyjną, tzw. Kosz. Rozesłali z niego czambuły (podjazdy) na 100 km pod Mińsk, Lidę, Nowogródek, Oszmianę i Wołkowysk. Celem był oczywiście rabunek, chwytanie jasyru (szczególnie chętnie porywano kobiety) oraz koni.
Na wieść o najeździe przebywający akurat w Lidzie król Aleksander zwołał pospolite ruszenie. Przy dworze stacjonował jedynie niewielki oddział lekkozbrojnych Serbów (tzw. Raców) . Dowództwo akcji przeciwko Tatarom powierzono hetmanowi litewskiemu Stanisławowi Kiszce, oraz marszałkowi nadwornemu Michałowi Glińskiemu (tatarskiego pochodzenia, z rodu Mamaja). 30 lipca wyruszyli obaj na czele ok. 7 tysięcy konnicy (6 tysięcy pospolitego ruszenia, ok. 1 tysiąca zaciężnych Raców (walczących jako lekka husaria) i jazdy „z Korony” ). Armia poszła „komunikiem”, bez taborów. 4 sierpnia doszli do Ostaszyna. Straż przednia tego samego dnia pod Iszkołdzią rozbiła tatarski czambuł liczący ok. 500 zbrojnych. Jego niedobitki zaalarmowały wodzów stojących w koszu z doborowymi oddziałami. Ponieważ stan zdrowia hetmana Kiszki (chorego już w pierwszym dniu wyprawy) gwałtownie się pogorszył, dowództwo objął marszałek Gliński. Doskonale zdawał on sobie sprawę ze słabości swoich sił, wprawdzie licznych, ale utworzonych przede wszystkim przez niezdyscyplinowane pospolite ruszenie. Dlatego zdecydował się na rozstrzygnąć bitwę uderzeniem na sam kosz. Tatarzy, zgodnie ze starą praktyką, zostawili w nim połowę swoich sił. Było to ok. 2,5 tysiąca najlepszych wojowników. Zajęli bardzo dogodną do obrony pozycję. Z trzech stron otaczały ją bagna, a od zachodu dodatkowo rzeka Łania.
Gliński zmylił przeciwnika podchodząc do Klecka od południowego zachodu. Postanowił odciąć przeciwnikowi odwrót, otoczyć go i zniszczyć. Bitwa rozpoczęła się około godz. 13 walką o przeprawę. Oddziały Glińskiego pod ostrzałem tatarskich łuczników przez trzy godziny przygotowały dwa mosty. Budowę osłaniali strzelcy i dwa lekkie działka. Około 15 rozpoczął się atak królewskiej armii. Gliński podzielił swoje sił na dwie grupy. Południowa miała związać przeciwnika, a północna odciąć mu drogę odwrotu umożliwiając całkowite zniszczenie. Niestety, niedoświadczonym pospolitakom zabrakło dyscypliny. Północna kolumna zaatakowała za wcześnie, wywracając cały plan marszałka. Tatarzy zaatakowali większością sił pierwszą kolumnę. Mimo zaciętego oporu zaczęli ją spychać w kierunku rzeki. Rozpaleni rychłym, jak się zdawało, zwycięstwem, nie zauważyli, że rzekę przechodzą kolejne oddziały. Południowa grupa prowadzona przez Glińskiego z marszu zniosła tatarską osłonę i uderzyła w bok sił głównych. Gwałtowny atak rozerwał szyki ordyńców … i było już po bitwie. Tatarzy rzucili się do ucieczki. Wielu zginęło w pobliskich bagnach między Ceprą i Łanią. Marszałek Gliński wysłał w pościg kilka chorągwi, a z resztą został w koszu kolejno gromiąc ściągające do niego czambuły.
Zwycięstwo było znakomite. Wzięto wielu jeńców, którymi zaludniono później wsie zniszczone we wcześniejszych najazdach. Wedle źródeł z epoki uwolniono prawie 40 tysięcy jasyru (głównie kobiety i dzieci) oraz 30 tysięcy koni. Odzyskano również wszystkie łupy. Sukces Glińskiego odbił się szerokim echem po całej Rzeczypospolitej. Po raz pierwszy udało się zniszczyć główne siły tatarskiej armii, i to tak, że na Krym wróciły tylko niedobitki.
Stosunki między Krymem i unią polsko – litewską zmieniły się po Klecku diametralnie. Wprawdzie Zygmunt Stary zgodził się płacić coroczny haracz (zwany „upominkiem”) jednak zawarto również sojusz skierowany przeciwko Moskwie. Dodatkowo chan wydał specjalny jarłyk potwierdzający prawo Litwy do zdobytych przez nią ziem należących niegdyś do Złotej Ordy.

Bibliografia:
Borawski P., Tatarzy w dawnej Rzeczypospolitej, Warszawa 1986 r.
Podhorodecki J., Chanat Krymski i jego stosunki z Polską w XV-XVIII wieku, Warszawa 1987 r. 
Tyszkiewicz J., Z dziejów Tatarów polskich, Pułtusk 2002 r.